Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty
„Wierność jest trudna” Agata Przybyłek

„Wierność jest trudna” Agata Przybyłek


Agatę Przybyłek zawsze czyta się z przyjemnością. Szczególnie podczas zabieganego dnia czeka się na moment, kiedy można z powrotem umościć się z książką na kanapie i zapomnieć o codziennych rozterkach. Właśnie z tego powodu lubię pozycje tej autorki, bo choć wcale  nie są odkrywcze i zawierają oklepane motywy (jak w tym przypadku znienawidzony przez wielu trójkąt miłosny), wyróżnia je ładny, niewymuszony styl pisania oraz proste historie, od których trudno się oderwać. 

Bardzo spodobała mi się Ja chyba zwariuję, czyli pierwszy tom tej samej serii, Miłość i inne szaleństwa, o przesłodkiej, pasującej okładce w pastelowym kolorze. Dlatego gdy tylko dowiedziałam się o premierze Wierność jest trudna, wiedziałam, że muszę ją mieć. Bardzo miłym zaskoczeniem okazali się główni bohaterowie, którzy pojawiali się już w tle historii pierwszego tomu. Najważniejszym z nich jest Eliza, która akurat przygotowuje się do ślubu z Pawłem, mężczyzną niemal idealnym. W całym weselnym zamieszaniu pojawia się przystojny motocyklista, który na początku robi na młodej narzeczonej negatywne wrażenie. Sytuacja jednak ulega zmianie, gdy para nieznajomych wpada na siebie coraz częściej i okazuje się, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż na początku przypuszczali...

Tak, tak, oto pojawia się ten trójkąt miłosny, który dla wielu może wydawać się nieznośny i robić całą historię wręcz banalną. Nie będę przeczyć, bo główny wątek rzeczywiście nie wydaje się zbyt wyszukany, a do tego wszystkiego dochodzi Eliza. Młoda kobieta o wielkich ambicjach, ubierająca się w pudrowe sukienki, wprost spod złotego klosza rodziców, momentami jest wręcz nieznośna w swojej naiwności. Z drugiej strony, to właśnie dzięki niej tak przyjemnie wracało mi się do tej książki. Jest w tej dziewczynie taka pozytywna energia godna pozazdroszczenia, jej pogoda ducha po prostu się udziela. Dla zrównoważenia na szczęście pojawia się Patrycja, siostra bliźniaczka Elizy i jej całkowite przeciwieństwo. Postrzępione, krótkie włosy, wyrazisty makijaż, cięty języczek oraz skłonność do niezobowiązujących przygód z mężczyznami. A kolejny fajny dodatek stanowi niesamowicie irytująca i do bólu bezpośrednia matka bliźniaczek, która (ku zgrozie córek) mimo posiadania kochającego męża, lubuje się w portalach randkowych, roznegliżowanych fotkach, no i... samych spotkaniach. Gdyby nie cały wianek wspaniałych postaci, książka raczej by nie dała rady, no a tak wiele wątków drugoplanowych dodaje powieści nieco wigoru.

Problem wierności Agata Przybyłek poruszyła na wielu płaszczyznach i choć wydaje się, że spotkałam się z tym tematem dziesiątki razy, wciąż do końca nie mogłam przewidzieć, jak właściwie rozwiąże się historia Elizy. Wierność jest trudna nie zawiodła mnie wyczuciem smaku ani humorem i muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że tak nieskomplikowana historia może wciągać równie bardzo, co dobrze zbudowane książki fantastyczne. 



Za udostępnienie egzemplarza dziękuję wydawnictwu: 
„Dotyk słońca” Karolina Wilczyńska - wiosna w Twojej biblioteczce

„Dotyk słońca” Karolina Wilczyńska - wiosna w Twojej biblioteczce


Wreszcie przyszła wiosna, a wraz z nią kolejna część serii „Rok na Kwiatowej”. Od razu zaznaczam, że sama zaczęłam od drugiej części i jeśli macie ochotę sięgnąć po coś świeżego i lekkiego, jak ta wspaniała pora roku, nie krępujcie się. Koncept każdej z czterech książek do wybranej pory roku bardzo mi się spodobał, w zasadzie możemy je dobierać zależnie od pogody, nastroju, w dowolnej kolejności, jak tylko się nam podoba, bo choć książki są ze sobą powiązane, każda skupia się na innej z czterech przyjaciółek i innej historii. A co więcej, choć książki fabularnie się od siebie różnią, to czytając ich więcej, uzupełniamy informacje, co jest szczególnie dobre dla czytelników, którzy ciągle czują niedosyt. Oczywiście, jeśli wolisz poznawać historie w kolejności chronologicznej i obawiasz się ewentualnych wzmianek dotyczących poprzednich części, zacznij po prostu od pierwszej :)

W tej wiosennej części Wilczyńska zaproponowała nam historię Róży, kobietki najbardziej nieśmiałej, smutnej po śmierci mamy i generalnie szarej myszki. Tym razem okazało się jednak, że niepozorna osoba może bardzo zaskoczyć, gdyż Róża ma za sobą barwną historię miłosną o smutnym zakończeniu, gdyż młoda dziewczyna została sama na ślubnym kobiercu. I teraz, w rok samotności po śmierci mamy, dawny narzeczony i miłość życia powracają, jakby pół życia w pojedynkę było tylko bolesnym snem. Ta ogromna zmiana w życiu Róży przyniosła ze sobą wiele zaskakujących i burzliwych sytuacji. Niespodziankę stanowi nie tylko skromna i potulna duszyczka przeistaczająca się w kobietę, gdyż w „Dotyku słońca” najbardziej interesującymi i nieprzewidywalnymi postaciami są mężczyźni.

Tak jak i w poprzedniej części, od razu uderzył mnie dziwny sposób narracji zaproponowanej przez Wilczyńską, gdzie każda z bohaterek zwraca się do czytelnika, jakby był jedną z przyjaciółek, przychodził do nich na herbatkę i smakował coraz to nowsze fakty z ich życia. Jest to na pewno ciekawe rozwiązanie i można do niego przywyknąć, choć nie przekonało mnie ono do końca. Troszkę przypominało mi to, gdy jako dziecko pisząc pamiętnik, próbowałam zwracać się do niego, jakby był osobą i słuchał moich zwierzeń. W każdym razie musimy udawać, że rzeczywiście jesteśmy tacy, jak przedstawiają nas dziewczyny i jeśli proponują nam coś do picia, i z wypowiedzi wynika, że wybraliśmy herbatę, tak już musi być. 


Jestem bardzo zadowolona, że zabrałam się za tę pozycję zaraz po premierze, bo okazuje się, że doskonale wtapia się w bieżące wydarzenia, to znaczy nadejście wiosennych dni i święta Wielkanocne. Miałam wrażenie, że opowiadane historie dzieją się naprawdę i to właśnie teraz, w kwietniu, w Katowicach.

Jak już wspominałam w recenzji „Zamarzniętych serc” opisywanie tego samego czasu z perspektywy wszystkich przyjaciółek bardzo mi pasowało, bo nie musiałam się ciągle zastanawiać, co dzieje się akurat w życiu Wioletty, Malwiny i Liliany, gdy wszystko opowiadała Róża - zostało mi to podane jak na tacy w następnych częściach. Jedynie ostatnia z nich mnie rozczarowała. Jakoś ten rozdział o życiu Liliany nie wniósł prawie nic nowego, bardzo przypominał poprzedni tom, gdzie akcja skupiała się właśnie na niej, no i strasznie się przy nim wynudziłam. Choć koniec końców, było warto. 

Generalnie „Dotyk słońca” nie jest może jakiś odkrywczy, porusza tematy, z którymi spotykamy się na co dzień (jak rozterki miłosne, brak męża w domu, sprzeczki z teściową, pięciocentymetrowe odrosty z powodu zajmowania się małymi dziećmi i jeszcze wiele innych). Styl pisania Wilczyńskiej jednak bardzo przypadł mi do gustu, nie wiem jak ona to robi, ale wszystkie proste sprawy, o których pisze, są niesamowicie ciekawe. Sama przyłapywałam się na tym, że nie mogę się doczekać, aż zrobię sobie kąpiel z bąbelkami i spokojnie zasiądę do opowieści przyjaciółek. Nie wiem jak inni, ale ja czasami od tych książek pełnych napięcia i zwrotów akcji wolę takie ja ta, które po prostu mnie relaksują i przy okazji rzucają nieco pozytywnego światła na trudy codzienności. 


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu


„A gdyby tak...” przywitać wiosnę?

„A gdyby tak...” przywitać wiosnę?


Wstęp długi jak... moje paragony!

(Gdzie się podziały moje pieniądze?!)


Cóż, dobry apetyt i zamiłowanie do książek nie chodzą w parze z wypchanym portfelem. Wystarczy jednak rzut oka na moją wspaniałą na swój sposób biblioteczkę - skrywa w sobie tyle historii, którymi miałam okazję żyć - a wydane szekle tracą znaczenie. A skoro już mowa o regale, zagościła na nim ostatnio całkiem ciekawa pozycja.
 Możecie zarzucić to mojemu młodemu wiekowi, aczkolwiek do niedawna z polskimi obyczajówkami nie miałam przyjemności. Takie odrzucanie polskiej twórczości zawdzięczamy w dużej mierze wszechogarniającej fascynacji książkami zagranicznymi. W sumie często trafiamy na słabe, powiedzmy amerykańskie książki i nic sobie z tego nie robimy. Jeśli zaś trafimy na słabą polską lekturę, chowamy uraz do tej naszej ojczystej spuścizny latami. Można więc powiedzieć, że przynajmniej do narodowego języka mamy duże wymagania. A tak już całkiem poważnie, wydawnictwo Czwarta Strona zaserwowała mi kilka dobrych, polskich obyczajówek parę miesięcy temu i teraz jestem już całkowicie przekonana do tej kategorii. Tym razem Czwarta Strona poczęstowała mnie „A gdyby tak...” Sylwii Trojanowskiej.  

To miała być kolejna nudna konferencja szkoleniowa. Gdy do sali wykładowej wchodzi Aleksander, Zuzanna nie może uwierzyć, że to ten mężczyzna, który na studiach złamał jej serce. Dzisiaj oboje mają po czterdzieści lat, a za sobą nieudane małżeństwa. A gdyby tak dać swoim uczuciom jeszcze jedną szansę?
Kiedy wydaje się, że najtrudniejsze chwile to już przeszłość, dramatyczna wiadomość zmienia wszystko. Co wybierze Zuzanna, gdy pozna prawdę?
Obok tej powieści nie można przejść obojętnie. Takie historie nie zdarzają się często, a niektóre decyzje łatwo oceniać… Dopóki nie padnie pytanie: a gdyby chodziło o nas?


Tak jak sugeruje opis, „A gdyby tak...” to przede wszystkim romans. Romans tak różny od tych, które czytałam, ponieważ jest to romans w naprawdę dobrym smaku. Bohaterami nie są tutaj już nastolatkowie, ani nawet młodzi dorośli poszukujący siebie, ale osoby po czterdziestce, które swoje już przeszły i podchodzą do każdej relacji z wypracowaną mądrością. Z tego powodu okładka książki teoretycznie nie została dopasowana do historii - nie czytamy przecież o młodej kobiecie, a o czterdziestodwulatce. Po przeczytaniu całości jestem jednak zdania, że dobór okładki był jak najbardziej trafny, a to ze względu na niezwykle pogodne wnętrze głównej bohaterki, Zuzy. Przez całą lekturę byłam zdumiona, że postacie dwa razy starsze ode mnie wcale nie różnią się tak bardzo. Mają w sobie ogrom życia, a szansa na prawdziwą miłość wcale nie przemija. Książka pozostawiła mnie pełną nadziei na własną przyszłość.
Sama historia sprawiła mi niesamowitą przyjemność. Naprawdę, byłam nią zachwycona bardziej, niż przykładowo książkami mistrzyni romansów, Colleen Hoover. Jedyne, co mogę jej zarzucić, to wrażenie lekkiej naiwności mimo wrzuconych w nią „gorzkich elementów”. Autorka zdecydowała się przepleść miłość z ciężkimi zdarzeniami, które w zasadzie w życiu nie występują tak często, raczej spotykamy się z nimi w polskiej telewizji. Natomiast ja, jako ta dwudziestolatka z licznymi, powiedzmy, schorzeniami, sceptycznie podchodzę do bohaterki dwukrotnie starszej, która uskarża się jedynie na problemy miłosne, emocjonalne, a nie dokucza jej nawet ból pleców czy stawów. Z drugiej strony, to pokazuje, jak bliskość rodziny i drugiej osoby jest ważna w życiu, prawda? Generalnie fantazyjność opowieści Zuzanny mi nie przeszkadza, jednak postawiłabym na trochę codziennych problemów zamiast tych rzadko spotykanych traumatycznych przeżyć. Ale wiecie, to już takie doszukiwanie się wad w czymś, co w rzeczywistości bardzo mi się podobało.
Jeżeli ktokolwiek z Was miał już okazję sięgnąć po tę książkę, dajcie mi proszę znać, czy spodziewaliście się zakończenia, ponieważ ja z łatwością sięgnęłam po podrzuconą mi poszlakę i domyśliłam się końcówki chyba jeszcze w pierwszej połowie. W żadnym stopniu nie zepsuło mi to jednak lektury, przeciwnie, byłam ciekawa, czy mam rację. „A gdyby tak...” to książka bardzo kobieca i idealna, żeby powitać nadchodzącą jesień. Polecam wszystkim fanom historii miłosnych!

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję wydawnictwu: 
Herbata z imbirem #3 - „Wieczór taki jak ten” Gabriela Gargaś

Herbata z imbirem #3 - „Wieczór taki jak ten” Gabriela Gargaś

„Szły do lasu i same wycinały drzewko. A potem, w domu, mama myła okna, a babcia prasowała firanki, wcześniej wstawiwszy do piekarnika ciasto. I pachniało w domu świeżością, i ciastem. Świętami. Po prostu pachniało świętami.”


„Kiedy po przeciwnej stronie ulicy, obok ich domu, zwolnił się lokal, od razu go wynajęły. I tak powstała przytulna, kameralna kawiarenka, w której unosił się aromat kawy i ciast. Pachnie domem - mawiała Ilona.”

„Wieczór taki jak ten” nie był miłością od pierwszego wejrzenia. Z początkiem lektury byłam sceptycznie nastawiona, głównie przez dramat rozgrywający się na pierwszych stronach. No, może nie do końca dramat, ale nie lubię, gdy ktoś umiera, szczególnie gdy chodzi o wyjątkowo kochaną osobę, a ja tylko chcę przeczytać coś, od czego zrobi mi się cieplej na duszy.

Muszę jednak przyznać, że pokochałam tę książkę, a pokochałam ją właśnie za to, jak dobrze oddaje ona życie. Czym zresztą byłoby życie bez śmierci? Bez codziennych problemów, czasem wręcz czystej niechęci, ale również bez osób, które potrafią rozjaśnić nawet najciemniejsze dni. Czym byłyby święta bez babci Zosi i jej cudownych wypieków? Jeśli macie babcię, do której możecie przyjść ze złym humorem, na którą możecie się złościć, że wciska w Was za dużo jedzenia, taką, której herbatka malinowa jest lekarstwem na wszystko i taką, co zawsze broni Was i Wasze wygłupy, to jesteście niesamowitymi szczęściarzami. Taką babcię ma Miśka, jedna z głównych postaci, na której barkach spoczywa wychowanie malutkiego braciszka już w wieku osiemnastu lat. We trójkę stanowią nietypową, aczkolwiek najprawdziwszą rodzinę, jaką można sobie wyobrazić. Ja mam za to wspaniałych rodziców, jeszcze wspanialszego braciszka oraz towarzysza życiowego i to jeden z głównych powodów, dla których doceniłam tę książkę - większość z nas ma kochającą osobę i mniejsze lub większe szczęście, ale wszyscy miewamy takie dni (czasami miesiące albo i lata), kiedy nie doceniamy tego wszystkiego, czym obdarowało nas życie. 

Fabuła niejednokrotnie skupia się na roli ukochanej, niezastąpionej mamy. Mówię tu o motywie mamy, bo mam spotkamy tu kilka, każda podobna do siebie pod pewnymi względami, a pod innymi zupełnie inna. Poznamy również zagubionego mężczyznę, który ma rodzinę, a jednak na święta samotnie wyjeżdża w góry. Kobietę, która ma bliskich, ale zniszczyła z nimi relacje oraz taką, która dobrowolnie opuściła swoje ognisko domowe i do tej pory nie zebrała się, żeby do niego wrócić. Jedna książka, tyle historii. Każdy z nas ma mamę, niektóre jesteśmy mamami albo nimi będziemy, zagubiliśmy się gdzieś po drodze bądź jesteśmy samotni i potrzebujemy, by ktoś nas odnalazł. Wszyscy wyjmiemy w tej książki coś dobrego. Oczywiście, mężczyzna również mógłby pokusić się o taką lekturę i nawet wycisnąć przy niej parę łez, choć to rzadkie przypadki, gdzie ta druga płeć sięga po literaturę kobiecą.

„Wieczór taki jak ten” pokazuje, jak cieszyć się z drobnych rzeczy. Skłania, żeby wziąć swoje życie w garść i zacząć cieszyć się tym, co się ma, bo życie jest za krótkie, żeby ciągle spełniać czyjeś oczekiwania, pić kawę z kimś, kogo się nie lubi i martwić się projektem z pracy. Gabriela Gargaś ma dar pisania o mądrych rzeczach w bardzo przystępny sposób. Czasami potrzebujemy jakiejś historii, żeby ujrzeć świat w innych barwach, zauważyć jakiś problem, nad czymś chwilę się zastanowić, może coś naprawić. W tej książce najbardziej podoba mi się to, że znajdziemy w niej wszystko, co powinno się znaleźć w dobrej, świątecznej książce, a jednocześnie nie zabraknie w niej kobiety, która w chwili kryzysu zamiast leżeć w łóżku, wpychać w siebie lody i oglądać Netflixa, kupuje w sklepie słoik korniszonów i zajada je na ławce, gdy tymczasem po policzkach ciekną jej łzy. Czytając „Wieczór taki jak ten” przypomniałam sobie o wielu ważnych sprawach i odkryłam, że dla każdego święta stanowią zupełnie inny wymiar.


„Często ludzie mówią, że nie mają pieniędzy na to czy na tamto, że są biedni. Ale skoro mają co do garnka włożyć, w co się ubrać, to naprawdę są na tyle bogaci, żeby podzielić się kawałkiem bułki czy chleba z drugim, potrzebującym człowiekiem. Zawsze jesteś dość bogaty, by uśmiechnąć się do drugiego człowieka, dość bogaty, by kogoś obdarzyć dobrym, ciepłym słowem.”

Boże Narodzenie tuż tuż, dlatego życzę Wam Wesołych Świąt oraz żebyście znaleźli taką książkę, która wprowadzi Was w ten wyjątkowy nastrój. Może warto zacząć od „Wieczoru taki jak ten”?

Książę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poznańskiego, które w ramach zbliżających się świąt przygotowało dla nas niezapomniane pozycje w sam raz na mroźne, grudniowe wieczory.


Herbata z imbirem #1 - „Zamarznięte serca” K. Wilczyńska

Herbata z imbirem #1 - „Zamarznięte serca” K. Wilczyńska


„Wchodząc do jej maleńkiego mieszkania, przekraczałam jakby próg do innego świata. Tu nie było walki, konkurencji, agresji, jak w mojej rzeczywistości.”

Mamy dopiero początek listopada, a tu proszę: święta tuż tuż. Wybierzcie się tylko na zakupy, a z każdej strony okrążą Was czerwono-złote ornamenty i inne drobiazgi, w witrynach kawiarni świecą się wesołe światełka, gdzie już serwuje się aromatyczną kawę w świątecznym wydaniu oraz gorącą czekoladę. Nie tylko w sklepach z ozdobami i lokalach zawitała zima, gdyż 8 listopada wyjątkowe, śnieżne książki od Czwartej Strony zadebiutowały w księgarniach. W związku z tym oraz z faktem, że jestem fanką bożonarodzeniowej atmosfery, postanowiłam stworzyć serię postów „Herbata z imbirem” dotyczących właśnie takich rozgrzewających serduszka perełek. 

Sięgając po „Zamarznięte serca” spodziewałam się historii miłosnej lub rodzinnej na tle świątecznym. Już przy pierwszej stronie zorientowałam się, że autorka sięgnęła znacznie dalej, niż wygodne i dobrze nam znane wigilijne opowieści spływające na serca karmelem. 

Narracja w książce jest co najmniej ciekawa: z perspektywy każdej z przyjaciółek, przy czym bohaterki zwracają się do czytelnika w taki sposób, że wcielamy się w rolę jednej z nich, dzięki czemu poznajemy skryte wydarzenia z życia i czujemy się jak aktywni uczestnicy. Przyznam, że na początku sprawiało mi to trudności w czytaniu, choć z czasem doceniłam możliwość zyskania nowej, dotychczas nieznanej mi perspektywy. Nie wiem, czy macie tak samo, ale czytając o różnych postaciach i mając narrację 1-osobową tylko jednej z nich, boli mnie fakt, że nie wiem, co czują i myślą inni, czuję lekki niedosyt. Tutaj nie ma tego problemu. 

Lilianie daleko do wielbicielki grudniowych tradycji. Przyznaje, że lubi ten okres, choć ze względu na świąteczne profity w biznesie. Kobieta nowoczesna: samowystarczalna, zorganizowana i zaradna wszystko chce mieć pod kontrolą, nie lubi niespodzianek. Wszystko zaczyna wymykać jej się z rąk, gdy jest zmuszona przejąć opiekę nad córką kuzynki. Jej spokój ducha, a nawet stabilny i bezpieczny związek z Januszem zaczyna się chwiać i może lada chwila runąć, a na domiar złego stale powracają złe wspomnienia. 

Róża jest osobą osamotnioną, nieśmiałą i raczej nieporadną, ma w sobie jednak najwięcej uroku. Z ciężarną Wiolą naśmiałam się najwięcej, a kreacja Malwiny mnie zaintrygowała, szczególnie przez niebywale romantyczny związek z łysym facetem z tatuażami i w glanach, zwanym kiedyś Czubem.

Nie myślcie sobie, że przez nieco chłodną osobowość Liliany, czy podjęte przez autorkę problemy w książce, zabrakło iście zimowych, klimatycznych fragmentów. Oczywiście występują, lecz nie narzucają się. Nieśmiało wtapiają się w tło, umilając czytanie i wprawiając czytelnika w pewnego rodzaju spokój ducha, nawet pomimo burzliwych wydarzeń w fabule. Podobały mi się również nawiązania do 500+, Lewiatana, pożyczania pięciu złotych na wieczne oddanie pod sklepem i innych codzienności. Takie szczegóły skutecznie poprawiły mi nastrój.

„Posiedziałyśmy jeszcze trochę, kocury Róży zostawiły chyba z tonę sierści na mojej spódnicy, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Ktoś na Dolinach pijackim głosem zawodził kolędę, a my piłyśmy aromatyczną kawę, zagryzając ją makowcem.”

Tak jak książkę zaczęłam z zimnym podejściem, szczególnie za sprawą Liliany, tak w międzyczasie autentycznie się wzruszyłam (i to nie jeden raz), niektóre sytuacje były też wręcz komicznie śmieszne, a skończyłam z przyjemnym wewnętrznym ciepłem, tak jak obiecuje napis na okładce. Więcej Wam nie zdradzę, przekonajcie się sami. ✬

„Dzieliłyśmy się opłatkiem, zjadałyśmy kolację, a potem śpiewałyśmy kolędy. Wzruszały mnie słowa o gołym dziecku leżącym na słomie. W ogóle całe święta były pachnące ciastem, szeleszczące stronami książek, przepełnione muzyką i iskrzące się światłami lampek.”



Wspomnę, że cały zamysł serii „Rok na kwiatowej” jest taki, że każda książka reprezentuje inną porę roku. Niestety nie miałam jeszcze okazji przeczytać pierwszego tomu („Wędrowne ptaki”), co nie przeszkodziło mi w sięgnięciu po drugą część, jednak koniecznie muszę to nadrobić. A już na wiosnę kolejna. 
Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czwarta Strona. Jeśli nie możecie się już doczekać świąt, polecam Wam sprawdzić ich świąteczne nowości: http://czwartastrona.pl/ksiazki/
Copyright © 2014 gabibooknerd , Blogger