„Bossman” Vi Keeland

„Bossman” Vi Keeland


Gdy sięgam po niegrzeczne romanse, zwykle jestem zmęczona wymagającą literaturą, czy też rozbudowanymi światami w książkach fantastycznych. W poszukiwaniu lekkiej historii miłosnej sięgnęłam po Bossmana. Szczerze mówiąc, ani opis pełen stereotypów, ani typowa okładka półnagiego faceta z sześciopakiem nie sprawiają wrażenia lektury pełnej wrażeń. Po prostu miałam ochotę przeczytać coś, co już znam, z banalnym happy endem, tyle że w nowej odsłonie. Chyba zresztą to dzięki takim czytelnikom jak ja (którzy od czasu do czasu nie pogardzą odgrzewaną książką) erotyki cały czas mają wzięcie. Och, ile to Greyów już wyszło od premiery oryginalnego Greya o pięćdziesięciu odcieniach szarości? Tak czy owak, jeśli nie doznaliście jeszcze trwałego uszczerbku na zdrowiu przez podobne pozycje i jesteście ciekawi, czy w ogóle warto brnąć w te tanie romansidełka, czytajcie dalej.

Reese przeżywała właśnie niewątpliwie jedną z najkoszmarniejszych randek świata, a to za sprawą niesamowicie nudnego mężczyznę, który nie mógł przestać rozmawiać o swojej mamie. Dziewczyna odeszła w pobliże toalet, po czym zaczęła błagać swoją przyjaciółkę, żeby ta do niej zadzwoniła i przerwała te męczarnie. Tymczasem wszystkiemu przysłuchiwał pewien przystojny nieznajomy, a nawet nie krępował się i wymówił jej niegrzeczne zachowanie. Reese zrezygnowana wróciła do partnera. Nie musiała już jednak długo znosić rodzinnych opowieści, gdyż niedługo później nieznajomy przysiadł się do ich stolika... wraz z własną randką. Na domiar złego poczęstował wszystkich dopracowaną historią jego przyjaźni z Reese jeszcze z czasów szkoły. Ostatecznie wieczór okazał się wcale nie taki zły, a kobieta jeszcze przez długi czas nie mogła wyrzucić z głowy atrakcyjnego łgarza. Nikt by się nie spodziewał, że losy tych dwoje splotą się ponownie, więc ciężko uwierzyć, że mężczyzna z restauracji to również bogaty właściciel sporej firmy produkującej wyroby kosmetyczne... a także jej nowy szef.

W tej książce jest tyle utartych schematów, że ciężko oczekiwać po niej czegokolwiek więcej ponad tę samą oklepaną historię, powtarzaną kilkadziesiąt razy. A jednak Bossman bardziej przypominał mi twórczość Colleen Hoover z domieszką pikanterii. Rzeczywiście pojawiły się sceny łóżkowe, ale były one nieliczne i nie, jak to zwykle bywa, ledwo po poznaniu się dwójki głównych bohaterów. Poza tym Chase jest naprawdę w stu procentach idealnym facetem. Nie okazał się być tylko przystojnym, bogatym, inteligentnym człowiekiem sukcesu, ale przede wszystkim osobą z duszą - z historią, nadzieją na przyszłość, a także niesamowitym poczuciem humoru. Co do Reese byłam dość sceptyczna. Niejednokrotnie próbuje udowodnić, że chce poświęcić się swojej pracy, bo to jej pasja, no a wychodzi jak zawsze, czyli wszystko traci znaczenie, gdy tylko Chase pojawia się w zasięgu wzroku. Poza tym bardzo mnie dziwi, że w jej życiu poza pracą istnieje tylko ten mężczyzna. Myśli o nim przez cały czas i właściwie tylko tyle widzimy - nie jest nawet opisana żadna scena z oglądania telewizji, czy nawet jedzenia posiłku. Zabrakło mi tej kobiecości, jakiegoś charakteru, tak jakby Reese bez swojego ukochanego już nie istniała. Poza tym ta książka, łącząca w sobie już wszystko co było, wciąż pozostaje porywająca i można się przy niej nieźle bawić. Nie ukrywam też zdziwienia, że znalazłam w Bossmanie trochę wartościowych cytatów, do których chętnie będę wracać. Jeśli ktoś poprosi mnie o polecenie jakiegoś erotyka, z pewnością będzie to ta pozycja, gdyż z nich wszystkich właśnie ona najbardziej zapadła mi w pamięć.




Za miły prezent w postaci egzemplarza Bossmana dziękuję wydawnictwu: 
„Mroczny duet” Victoria Schwab - i to już koniec?!

„Mroczny duet” Victoria Schwab - i to już koniec?!


Poprzednia część Świata Verity zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a jak było tym razem? Być może nie mieliście jeszcze okazji do przeczytania Okrutnej Pieśni, w tym wypadku zapraszam do jej recenzji - klik.

Akcja w Mrocznym duecie zaczyna się dopiero po sześciu miesiącach od zdarzeń z poprzedniej części. W tym czasie August porzucił skrupuły i stał się przywódcą oddziałów OSF. Kate zastajemy  poza granicami miasta, gdzie poznała grupę przyjaciół walczącą z potworami i została łowczynią na pełen etat. Sprawy przyjmują nowy obrót, gdy okazuje się, że powstał nowy rodzaj potwora, niematerialny cień, który sprawia, że ludzie zabijają siebie nawzajem, a także przenoszą żądzę przemocy na innych. Kate zostaje zarażona i wbrew wszystkiemu postanawia odnaleźć Augusta i go ostrzec.

Akcji jest jeszcze więcej. W poprzedniej części działo się dużo, ale tutaj walka z potworami jest na pierwszym miejscu i przez to książkę się wręcz kartkuje. Szczerze, to chyba policzyłabym to bardziej na minus. Wprowadzenie potwora do szkoły jako człowieka było genialne, tak samo jak zderzenie dwóch różnych światów w postaci Kate i Augusta. Natomiast Mroczny duet składa się z dwóch perspektyw tych bohaterów, gdzie żyją oddzielnie i spotykają się właściwie dopiero pod koniec. Zabrakło relacji tej wyjątkowej dwójki, przez co bardzo dobre zakończenie traci na mocy, bo czytelnik nie zdążył wczuć się w tę ich więź. W ogóle mam wrażenie, że wszystkie zdarzenia zostały opisane po łebkach. Autorka zostawiła za dużo niedopracowanych i niedokończonych wątków. Choć zakończenie było satysfakcjonujące, bardzo dotkliwie czuć ten niedobór treści. Mówię o tym dlatego, że cały czas miałam wrażenie, że to seria bądź trylogia, czekałam na coś jeszcze, a tu nagle... książka się skończyła.


Jestem zawiedziona, że potencjał Okrutnej Pieśni nie został wykorzystany. Zapowiadało się na dobrze rozbudowaną fantastykę dla dorosłych, a choć rozlewu krwi i poświęceń nie brakowało, książka jest skierowana jednak do młodzieży. Oklepane wątki były naprawdę rozczarowujące: Sloan, jednogłośnie negatywna postać, to bezmyślna kreatura, dążąca jedynie do władzy. I druga strona, oddziały OSF, które muszą powstrzymać tę złą stronę. Nie da się również ukryć, że potwory niebezpiecznie zaczęły przypominać równie banalną apokalipsę zombie. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo polubiłam niektóre postacie, a Victoria Schwab ma niesamowicie lekkie pióro, jednak po prostu oczekiwałam czegoś więcej.



Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję wydawnictwu: 
„Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska

„Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska


Tak, wiem, sesja dawno minęła, a ja nadal z książkami nie mogę się do końca dogadać. Zaniedbałam tego bloga i Instagrama. Wyjechałam do rodziny i trochę przeraziły mnie nowe warunki do robienia zdjęć. Chyba po prostu całomiesięczny stres dał mi się we znaki i ciężko mi było wdrożyć się w cokolwiek kreatywnego - choć akurat artystyczna część mojej osoby na nowo odżyła, pewnie dlatego, że rysowanie pozwala odreagować. Aktualnie jestem (znowu) na wyjeździe, ale cała ta przerwa naładowała mnie pozytywną energią i już w przyszłym tygodniu postaram się wszystko nadrobić. Mam nadzieję na Waszą wyrozumiałość, a teraz zapraszam już na wpis dotyczący książki, którą jednak udało mi się przeczytać parę dni temu.

Twiedza Kimerydu rozpoczyna się w momencie, gdy Anna Guiteerez, antropolog z Uniwersytetu Krokodyli, zbiega do tytułowego miejsca, gdzie ratuje ją pół człowiek, pół raptor, Tyrs Mollina. Jest to o tyle niefortunne zdarzenie, że to właśnie dzięki dociekliwym badaniom i wykładom Anny Tyrs stał się frapującą personą na skalę światową, co znacznie ułatwiło mu funkcjonowanie w społeczeństwie. Bardzo ciężko jest mi tu mówić o fabule tak, żeby zaraz nie streścić całej książki i nic nie zaspojerować. Wbrew temu, co może się wydawać na samym początku, nie jest to żadna romantyczna historia inteligentnej kobiety i człowieka-hybrydy, ale złożone wydarzenia w dobrze skonstruowanym świecie pełnym ludzi i dinozaurów, układów i konfliktów, gdzie rebelia wisi w powietrzu. Głównych bohaterów jest kilka, a najbardziej zaintrygował mnie Tuliusz, diabelnie piękny mężczyzna o wręcz kobiecej urodzie (można go bardzo fajnie zobaczyć we wrzuconej w książkę stronie komiksowej) , w którym w rzeczy samej, można powiedzieć, siedzi również kobieta. Niektórzy nazywają to rozdwojeniem jaźni, inni tłumaczą po prostu rozwinięciem się kolejnej osoby z genem pterodaktyla w już istniejącym człowieku. W rzeczywistości mamy do czynienia raz z Tuliuszem, raz z Tulią. Są to zupełnie odmienne postacie, inaczej zachowujące się, brzmiące, nawet inaczej wyglądające z powodu odmiennych gustów modowych. Tutaj wchodzi wątek homoseksualizmu, czyli coś, czego się odrobinę obawiałam, byłam bardzo ciekawa, a ostatecznie jestem zachwycona. Autorka ujęła trudny problem w genialny, inteligentny i dający do myślenia sposób, a nie odpychający, jak to się często zdarza.


Polska fantastyka to wciąż nowość i czasami wręcz kompletna klapa. To powód, dla którego czytelnicy nie są zainteresowani tym gatunkiem i znacznie częściej sięgają po utwory zagranicznych autorów. Moim największym lękiem był fakt, że poznałam autorkę i zgodziłam się na współpracę - co jeśli zupełnie mi się nie spodoba i będę musiała wypowiedzieć się krytycznie, a tym samym odstraszyć potencjalnych czytelników? Oczywiście, nic, ale to nieprzyjemna sytuacja, z którą musi się spotykać recenzent. W tym przypadku na szczęście było inaczej. Wkroczyłam do tego zakręconego świata prehistorycznych stworzeń i przepadłam. Poważnie, ta książka wciąga bez reszty. Jedyne co mi przeszkadzało, to właśnie wbicie się w ten skomplikowany świat politycznych niesnasek i imion zaczynających się na literę T (trójka z głównych bohaterów myliła mi się przez kilkadziesiąt stron). Miałam wrażenie, że muszę być stale skupiona, bo pominę jakiś istotny element i będzie mi trudno zrozumieć resztę. W pewnych momentach również darowałabym sobie cięty języczek, choć na większą skalę już zupełnie mi to nie przeszkadzało, momentami wulgaryzmy wydawały się wręcz konieczne, szczególnie dla Tyrsa (gdy poznacie jego charakter, sami zrozumiecie, o co mi chodzi). Poza tym Pani Magda postawiła na akcję. Przez całą książkę, od początku do końca, nie było zbędnych opisów, przemyśleń bohaterów i niepotrzebnego przedłużania. To dlatego od Twierdzy Kimerydu nie można się oderwać. Jak na pierwszą pracę z dziedziny fantastyki autorki, jest to ogromny sukces, dlatego serdecznie gratuluję niesamowitej publikacji i czekam na więcej!

Dodam jeszcze, że jeśli podobają Wam się grafiki wykonane specjalnie do Twierdzy Kimerydu z pierwszego zdjęcia, to możecie zakupić je (jak również samą książkę) u autorki. Skontaktować się można za pośrednictwem wiadomości na Instagramie tutaj: klik.
„Hot Mess” i lampka wina (bądź słoik nutelli)

„Hot Mess” i lampka wina (bądź słoik nutelli)


Całkowicie zgadzam się z sugestią, że Hot Mess najlepiej jest czytać z lampką ulubionego wina bądź słoikiem Nutelli, a bawić się przy niej można jak w towarzystwie przyjaciółki. Z tą właśnie książką spędzałam czas na początku sesji - był to strzał w dziesiątkę, bo trudno znaleźć lżejszą i pogodniejszą lekturę. 

Ellie niedługo skończy trzydzieści lat, czyli przekroczy granicę, gdzie przestaje się być nowoczesną singielką, a zaczyna starą panną. Jest typową hot mess, czyli osobą atrakcyjną, która wciąż pakuje się w kłopoty. Nie znosi swojej pracy, a odkąd zakończyła swój długoterminowy związek, z nikim nie może dopasować się na tyle, żeby chcieć czegoś poważniejszego. Dwójka najlepszych przyjaciół jak na złość uznaje te przelotne romanse za mankament i zmusza ją do randkowania na Tinderze. Nie mówiąc już o tym, że mieszkanie gorszej jakości dzieli z dziwnymi współlokatorami, piździelcem Joshem oraz dziewczyną, która być może nie istnieje, bo nigdy jej nie ma. Wisienką na torcie jest równie nieszablonowa rodzinka. Tata, wdowiec, który wygląda, jak kobieta w średnim wieku i nie za bardzo odnajduje się w rzeczywistości oraz oziębła siostra, z którą kontakt ma tylko przez kamerkę internetową. Wszyscy bez wyjątku współczują Ellie z powodu braku partnera.



Cała ta książka to jedna wielka padaczka śmiechu. Nie mogłam się nadziwić, że na każdej stronie znalazłam coś, co wywołało (co najmniej) uśmiech na mojej twarzy. W istocie Ellie przypomina Bridget Jones. Jest dosłownie mistrzynią bałaganu i żenujących sytuacji. Bezpośrednia, czasami nawet trochę wulgarna, nie wstydzi się bycia człowiekiem i krępujących sytuacji z tym związanych. Rzuca anegdotami z nieudanych randek jak asami z rękawa, choć wywołuje tym tyle radości, co współczucia. Najgorzej zaczyna się robić, gdy przyjaciółka żąda, by Ellie udowoniła, że choć trochę się stara, umawiając się na randki z Tindera. Jak można się domyśleć, wyobrażenia o osobie z internetu rzadko spotykają się z rzeczywistością i większość z tych spotkań to klapa na całej linii. W życiu głównej bohaterki pojawia się dużo postaci, każda z nich wydaje się warta uwagi, niesamowicie realistyczna. Podobnie jak w prawdziwym życiu, spotyka się kogoś nowego, czasami od razu pała się do kogoś sympatią, a kogoś innego ma się niezłomną chęć udusić. Dodatkowym zabawnym (chociaż też nieco dziwnym) elementem jest opowiadanie ojca Ellie, wysyłanym regularnie po rozdziale obu córkom w formie maila. Stanowi ono coś w rodzaju bardzo słabo napisanej parodii Pięćdziesięciu Twarzy Greya i cóż mogę powiedzieć, to było ciekawe doświadczenie. Wciąż nie do końca jednak rozumiem, dlaczego właściwie musiałam to przeczytać (Ellie też nie).

Kochane czytelniczki, bierzcie Hot Mess w swoje śliczne ręce z kolorowymi paznokciami i ani przez chwilę nie żałujcie tego, kim jesteście. Największym plusem tej książki jest właśnie to, że Ellie to przynajmniej cząstka każdej z nas. Razem z nią przeżywamy kryzysowe sytuacje i zastanawiamy się jak z nich wybrnąć, a na koniec idziemy po rozum do głowy, gdyż bohaterka przechodzi ogromną przemianę. Szczególnie, jeśli jesteście singielkami i wszyscy wmawiają Wam, że to się  m u s i  zmienić, koniecznie przeczytajcie tę pozycję i nie dajcie sobie w kaszę dmuchać!


Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu: 


„Naznaczeni Śmiercią” i „Spętani Przeznaczeniem” - 2 recenzje bez spojlerów

„Naznaczeni Śmiercią” i „Spętani Przeznaczeniem” - 2 recenzje bez spojlerów


Na planecie Thuvhe żyją dwa nienawidzące się wzajemnie i walczące o władzę ludy. Cyra i Akos mieszkają po dwóch stronach granicy. Ich losy splatają się brutalnie. Początkowa wrogość przeradza się we wzajemne ukojenie. Kiełkujące uczucie wymaga zaprzeczenia dawnym relacjom, obsesjom, wyobrażeniom. Bo dla każdego najtrudniejszym wyborem jest wybór samego siebie.
Gdzieś w odległej galaktyce, gdzie każdy jest oceniany poprzez nadany mu unikalny dar nurtu, Akos Kereseth od najmłodszych lat słucha opowieści o okrutnych dziedzicach wrogiego ludu, Cyrze i Ryzeku. Okrutny tyran i jego siostra, której skóra naznaczona jest śmiercionośnymi cieniami, a jej dotyk sprawia ból - zarówno drugiej osobie, jak i jej samej, dlatego stanowi przekleństwo. Gdy ścieżki bohaterów krzyżują się, okazuje się, że Akos jest jedyną osobą, która jest odporna na uciążliwy dar dziewczyny. Szybko okazuje się, że nic nie jest w rzeczywistości takie, na jakie wygląda.

Naznaczeni Śmiercią

Wciąż myślę o darach nurtu, czerwonokrwistym szakwiacie, paśmie piórzycy, Hessie i oczywiście o Akosie, Cyrze, Cisi, Elijehu i Razku. Jeśli ktoś ma już za sobą lekturę Naznaczonych Śmiercią, to z pewnością rozszyfrowanie tych dziwacznych terminów przyjdzie mu naturalnie. Jeśli zaś czytasz to i zastanawiasz się, co tu do jasnej jest grane, to ten wpis przeznaczony jest właśnie dla Ciebie.

Powyższy wstęp zawiera w sobie najważniejsze podsumowanie najnowszych książek Veronicy Roth - wykreowała ona tak wyjątkowy świat, że początkowo wgryzanie się w niego może być trochę dezorientujące. A to dlatego, że czytelnik zostaje wrzucony w nowe uniwersum i samodzielnie musi stopniowo poznawać, gdzie się właściwie znalazł. A gdy już to odkryje, nie chce stamtąd wychodzić.

Zachęcam Was, żebyście nie sugerowali się serią Niezgodnej, gdyż robi to wiele osób, a niepotrzebnie, gdyż łączą je jedynie pewne dystopijne wątki, które, znowu, również się w jakiś sposób różnią. Przede wszystkim Veronica Roth porzuciła młodzieżową oprawę i poszła dalej, dodając nieco brutalności i tracąc na romansie.


Spętani Przeznaczeniem

Przed skończeniem pierwszego tomu stanowczo odradzam czytanie opisu z tyłu okładki drugiego (a zarazem ostatniego, gdyż jest to duologia). Chyba, że ktoś lubi znać najważniejsze zdarzenia z książki, zanim jeszcze o nich przeczyta. Pomimo krążących plotek, że można czytać te książki oddzielnie i nawet już po zapoznaniu się z tymi okropnymi spojlerami, nie da się po prostu zacząć czytać Spętanych Przeznaczeniem bez okropnego bólu głowy, bo pierwsza część serwuje pełny obraz oraz funkcjonowanie całkowicie odmiennego świata, jak już zresztą wspomniałam wcześniej.

Tak jak pierwsza część dosłownie mnie pożarła, tak drugą byłam lekko rozczarowana. Powtarzam, tylko lekko, bo wciąż bawiłam się świetnie. Przede wszystkim, spory punkt zwrotny, który został ogłoszony wszem i wobec na okładce i powiedziany z trzy razy wcześniej, zanim się właściwie zdarzył, mógł uderzyć z ogromną siłą. Nie rozumiem, dlaczego nagły zwrot akcji nie był wcale nagły. Podobnie zresztą z takimi innymi zaskoczeniami - mogłyby mnie bardzo zszokować, gdyby tylko zostały przedstawione w nieco innych okolicznościach. W ogóle uważam, że ta część, po pięknym wstępie Naznaczonych Śmiercią mogła być obfita w akcję, ale tak się jednak nie stało. Mimo, że książka jest wyposażona w wiele ciekawych wydarzeń, akcja pomiędzy nimi stoi.

W Spętanych Przeznaczeniem jest jest jeszcze więcej nowej rzeczywistości, a mianowicie nowych planet, ich mieszkańców i całkowicie innego otoczenia. Dochodzą również rozdziały z nowych perspektyw, co uważam niestety za błąd, bo jak wydarzenia z życia Akosa i Cyry współgrały i były naprawdę ciekawe, tak te nowe, na przykład od Cisi, są nudne jak flaki z olejem i w zasadzie niewiele wnoszą.

Poza tymi różnymi niedociągnięciami w fabule, uważam, że druga część jest świetnym uzupełnieniem pierwszego. Z pewnością Veronica Roth poświęciła znacznie więcej czasu oprawie historii, niż kreacji bohaterów i ich relacji. Choć wiele bym dopracowała, uważam, że autorka ma niepowtarzalny talent tworzenia świata, który po prostu porywa. Podczas czytania nie tyle wyobrażałam sobie całe te światy - widziałam je i czułam, jakbym naprawdę tam była.



Za egzemplarz Spętanych Przeznaczeniem dziękuję wydawnictwu oraz pośrednikowi:
„The Foxhole Court” Nora Sakavic

„The Foxhole Court” Nora Sakavic



Exy stanowił nietypową mieszankę dwóch brutalnych sportów. Ewaluował na przestrzeni lat i przekształcił się w kombinację lacrosse z hokejem na lodzie i był rozgrywany na boisku takich samych wymiarach, jak do piłki nożnej. Neil uwielbiał każdy element tej gry, począwszy od szybkości aż po agresję.
Neil Josten, z fałszywym nazwiskiem i dokumentami oraz jedną torbą mieszczącą cały jego dobytek, odmawia przebierania się w obecności innych ludzi, a noce spędza w szatni na terenie szkoły. Trener  małej, szkolnej drużyny domyśla się, że chłopak boryka się z problemami w rodzinie, choć nikt nie ma pojęcia o jego przeszłości i prawdziwych powodach takiego zachowania niczym Jason Statham w kinie akcji. Neil dostaje kontrakt o przyjęcie do drużyny Lisów - najsłabszej z czołowych drużyn w kraju, która słynie ze złej reputacji zawodników z przejściami. Przyjęcie takiej propozycji oznaczałoby koniec z ciągłym uciekaniem, a także ogromnym ryzykiem. Trudno jednak zrezygnować z jedynej w swoim rodzaju możliwości rozwijania pasji, a także z pierwszego dachu nad głową od bardzo długiego czasu.



Pierwszy raz polecam Wam książkę, która nadaje się również dla męskich czytelników, a to dlatego, że tutaj wszystko kręci się wokół sportu i chłopaków na tle stadionu. Z tego co wiem, gra Exy została stworzona właśnie przez Norę Sakavic, a skoro wszystko się toczy w jej rytmie, jestem pod ogromnym wrażeniem. W realiach bohaterów The Foxhole Court mecze Exy są najhuczniej obchodzonym sportem, szczególnie na uczelniach goszczących drużyny, które występują przeciwko innym zespołom z tego samego województwa. Gra jest na tyle popularna, że zawodnicy zyskują sławę i udzielają wywiadów w programach telewizyjnych. Oczarowały mnie możliwości Uniwersytetu Stanowego Palmetto: ogromny stadion i jego pomieszczenia, akademik zbudowany na górce, kampus ze specjalną stołówką dla zawodników i firmowy autobus, wszystko w biało-pomarańczowych barwach Lisów. Najbardziej z całej książki podobał mi się obszerny opis rozgrywanego meczu, niestety tylko jeden. Chcę więcej!

The Foxhole Court jest dla mnie nowością, nie tylko ze względu na sportową tematykę, ale również mroczne sekrety bohaterów, wciąż utrzymane w stylu młodzieżowym.  Trener Lisów o złotym sercu i ciętym języku bierze pod swoje skrzydła jedynie dzieciaki w jakiś sposób poszkodowane przez życie. Sam Neil zauważył, że jego nowi znajomi to psychole. Wszyscy ze sobą walczą, a jednocześnie łączy ich jakaś niewytłumaczalna więź. Historia jest pełna napoczętych wątków, mrocznych tajemnic, poczucia nieufności i zagrożenia.

Jedno jest pewne - ta książka wciąga. Czyta się ją szybko, chcąc jak najszybciej odkryć więcej sekretów, a końcowa potrzeba posiadania kolejnego tomu jest uderzająca. Wiele osób daje jej maksymalną ocenę. Ja powiem tylko, że The Foxhole Court jest napisana dobrze i wyposażona w wyjątkową mieszankę młodzieżówki i sensacji, a jednak zostawiam jej jedną gwiazdkę na jakiś zwrot akcji, który być może zaskoczy mnie przy kolejnych częściach.

Możliwość przeczytania zawdzięczam współpracy z:







„Wieczór filmowy” Lucy Courtenay

„Wieczór filmowy” Lucy Courtenay


Właśnie wtedy wpadam na genialny pomysł. Jeden z tych, które przychodzą do głowy wyłącznie w sylwestra, najlepiej po pijaku, wśród śniegu, w dziesięciocentymetrowych obcasach i z najlepszym przyjacielem u boku.
- Wiesz, co powinniśmy zrobić? - pytam podekscytowana.
Nieokreślone coś ulatuje z oczu Sola.
- Dobry Boże - mruczy.
- Powinniśmy wspólnie obejrzeć po jednym filmie w ostatni dzień miesiąca przez okrągły rok, aż do kolejnego sylwestra. Łącznie dwanaście filmów.
 
 Piękna i pożądana Hanna jest dziewczyną najprzystojniejszego chłopaka w college'u. Do momentu, aż ten porzuca ją dla jej byłej najlepszej przyjaciółki i to w wieczór sylwestrowy. Na szczęście, jak zawsze towarzyszy jej oddany Sol. Od momentu, gdy przyjaciel z piaskownicy ponownie pojawił się w życiu Hanny, dokładniej w momencie, gdy wpadła tyłkiem w jogurt na stołówce, znowu są nierozłączni. Właśnie w ten straszliwy wieczór pada pomysł wspólnego oglądania filmu co miesiąc. Tylko że akurat w tej chwili, gdy tak stoją wśród wirującego śniegu, Sol zdaje sobie sprawę, że jest beznadziejnie zakochany w swojej przyjaciółce.

Zaczęły się majowe upały, a ja bez przerwy mam ochotę na jakąś niezobowiązującą książkę. Gdy tylko zobaczyłam niesamowitą okładkę „Wieczoru filmowego”, pomyślałam: to musi być ta! Obawiałam się jedynie, że książka może okazać się aż zbyt naiwna w swojej prostocie, szczególnie, że główna bohaterka jest po prostu popularną laską. Na szczęście moje obawy nie okazały się słuszne. Hanna to bardzo realistyczna bohaterka. Rzeczywiście, zależy jej na przystojnym partnerze i lubi się stroić, ale czy to nie to, co robi właściwie każda dziewczyna? W każdym razie widzimy jej dwa oblicza: na pokaz i to prawdziwe, które objawia się głównie przy Solu lub kiedy jest sama. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z moich ulubionych cytatów, gdy Hanna wraca z katastrofalnego sylwestra:

Pełznę do łazienki. Cholerny tusz do rzęs, że też nigdy nie można go porządnie zmyć. Szoruję twarz tak mocno, że puchną mi powieki, a na waciku i tak zostają czarne ślady. Nakładam na obolałą twarz grubą warstwę kremu nawilżającego i kuśtykam z powrotem do łóżka. Na nic więcej nie mam dziś energii, więc sięgam po laptopa i odpalam Netflix. Dzięki Bogu za filmy. Filmy są moim azylem, idealnym światem, w którym da się rozwiązać każdy problem w mniej niż półtorej godziny.
A no właśnie, filmy. Uważam, że ten temat został solidnie wyczerpany, gdyż znajdziemy tu mnóstwo wstawek dotyczących filmów różnej maści i z różnych lat produkcji. Osobiście byłam zadowolona, gdy któreś już znałam, a inne zapisałam sobie na później do obejrzenia.

Sol również jest cudowny. To bardzo nietypowy chłopiec, który nie bardzo ma świadomość swojej wartości. Mieszka z dwoma ojcami oraz kotem psychopatą, który, swoją drogą, okazał się moim faworytem. W wolnym czasie fotografuje ludzi na peronie albo tworzy filmy z papierowych postaci.

Najbardziej spodobała mi się niewymuszona relacja Hanny i Sola, która jednak w pewnym momencie się komplikuje i tutaj już średnio przekonują mnie tygodnie milczenia. Szczególnie, że od początku oczywiste jest, że Sol szaleje za Hanną, a jednak potrafi zaabsorbować się czymś tak bardzo, że nie odzywa się do niej długie dni.

„Wieczór filmowy” to po prostu historia miłosna z domieszką przyjaźni - wielu przyjaźni - w młodzieżowym stylu. Nie ma w niej zwrotów akcji, ale za to jest napisana w taki sposób, że naprawdę interesuje i ciężko się od niej oderwać. Porusza też wiele istotnych tematów w bardzo lekki i przystępny sposób. Ta historia jest po prostu przeurocza i naprawdę polecam Wam ją przeczytać.


Egzemplarz „Wieczoru filmowego” zawdzięczam nowej współpracy z wydawnictwem:

Takie książki to czysta przyjemność.
Copyright © 2014 gabibooknerd , Blogger