„Zakazany układ” K.N. Haner

„Zakazany układ” K.N. Haner



Zacznijmy od tego, że często sięgamy po czytadełka z półnagimi mężczyznami i choć ze smutkiem stwierdzamy, że starsze panie patrzą na nas krzywo, a recenzja czegoś takiego może nie mieć sensu, jednocześnie taka lektura sprawia nam wiele przyjemności. Moje kochane, nie wstydźmy się tego, czego czytamy, bo żadna książka nie hańbi! O ile nie jesteśmy bezmózgimi istotami, to nawet z najmniej ambitnego tekstu możemy się nauczyć jakiegoś kawałka życia.
Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli napiszę parę słów o „Zakazanym układzie” od razu po skończeniu tej książki, żeby za dużo o niej nie myśleć. Sugeruję podejście do literatury tego gatunku z lekkim dystansem, czego ja jednak nie zrobiłam w swojej wypowiedzi, żebyście dokładnie wiedzieli, czego możecie się spodziewać. Z tego powodu nastawcie się na sporą dawkę krytyki. Jeśli jesteście ciekawi, czy w książce K.N. Haner znajdziecie coś innowacyjnego, czy tylko starą powtórkę z rozrywki, czyli wszystko to, czego możecie się spodziewać po tanim erotyku, zostańcie do końca :)

Nicole żyje w toksycznym i destrukcyjnym związku z mężczyzną, który zaopiekował się nią po śmierci jej rodziców. Pewnego dnia, gdy po raz kolejny zostaje przez niego pobita, postanawia popełnić samobójstwo. Ucieka z domu i dociera nad urwisko, żeby skoczyć prosto do oceanu.
W tym samym momencie, w którym dziewczyna zamierza odebrać sobie życie, miejscowi gangsterzy wykonują brutalną egzekucję, której Nicole staje się przypadkowym świadkiem. Zamiast umrzeć, trafia prosto do domu mafiosa — Marcusa Accardo. Mężczyźnie imponuje to, że Nicole nad życie pragnie śmierci. Świat mafii nie jest jednak prosty, a pojawienie się kobiety w samym centrum gangsterskiego piekła nie zwiastuje niczego dobrego.Początkowa nienawiść i strach między Marcusem a Nicole przeradzają się w fascynację oraz namiętność. Marcus zaczyna współczuć Nicole, gdy się dowiaduje, co ją spotkało. Oboje zgadzają się na układ, który ma na celu wyeliminowanie największego wroga Marcusa — Aleksandra Modano. Brutalne zasady gangsterskiego świata są jednak niewzruszone, dlatego gdy w grę zaczynają wchodzić uczucia, wszystko się komplikuje. Niebezpieczeństwo pojawia się na każdym kroku, a jedna chwila nieuwagi może doprowadzić do tragedii, której ceną jest ludzkie życie.

Świat mafii

Na pierwszym planie mamy dziewczynę wrzuconą w brutalny świat gangsterów. Od samego początku planowałam zabrać się za „Zakazany układ” właśnie ze względu na ten nowy punkt, z którym nie miałam okazji się spotkać w żadnej innej romantycznej historii. Kobiety fascynujące się złymi charakterami ochoczo wstąpią w tę pogmatwaną i nieczułą rzeczywistość. Nie jestem pewna, czy przestawienie gangsterskiego oblicza mnie przekonało. Po pierwsze, oczywiście nie miałam z niczym takim styczności w prawdziwym życiu i nie mam o tym dostatecznego pojęcia. Po drugie, z książki i tak nie dowiedziałam się o nim za dużo. Został mi przedstawiony obraz z perspektywy kobiety mającej do czynienia z takimi ludźmi na co dzień, a właściwie mającej do czynienia z ludźmi, którzy mają dużo pieniędzy, nie stronią od brutalności i rozpusty oraz znikają po prostu na całe dnie w nieczystych interesach - i to tyle, czego się dowiedziałam o mafii.


Główni bohaterowie

Jeśli chodzi o Nicole, podoba mi się w niej najbardziej to, że nie owija w bawełnę, nie udaje niewinnej owieczki, podczas gdy wewnątrz z pewnością nie jest aniołkiem - jak to zwykle w literaturze tego typu bywa. Za to od samego początku zachowuje się po prostu jak osoba utrzymywana po śmierci rodziców przez bestialskiego przestępcę i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nie mam pojęcia tylko dlaczego Marcus zachwyca się jej inteligencją, gdy tylko ją zobaczy. Nie zauważyłam u niej przejawu inteligencji ani rozsądku od początku do końca. Widocznie inteligencja to dla Marcusa cecha poza zasięgiem, szczególnie, że jedyne co ta dziewczyna robi jako zakładniczka, to okazywanie wyższości i próba przejęcia kontroli nad sytuacją, mimo że jej nędzna pozycja nie pozostawia wątpliwości. Ta dziewczyna cierpi na syndrom sztokholmski i potrzebuje pomocy...
Marcus zaś to z jednej strony facet, który chętnie używa przekleństw i własnoręcznie pozbywa się wrogów, a z drugiej robi się z niego taki słodziak, że aż sam się tego wstydzi. Jako do gangstera nie mam do niego zbyt wielkich wyrzutów, jednak bardzo wyraźnie widać, że rozdziały pisane z jego perspektywy pisała kobieta. Niestety, ale umysł mężczyzny, a już na pewno bezwzględnego mężczyzny, który od dziecka jest wychowywany na szefa gangu, nie działa w taki sposób, jak zostało to przedstawione. Wyobrażacie sobie TEGO człowieka, jak w różnych sytuacjach po prostu odpływa i wygłasza w myślach monologi o swoich uczuciach, a następnie sam się za to gani?

Styl pisania

Gdy wspomniałam wcześniej o „romantycznej historii”, nie do końca trafiłam w określenie. To nie jest typowe romansidło, tylko zła strona mocy niepozostawiająca złudzeń, pełna pożądania i goryczy. Wulgarność tej książki to coś, co dało mi się we znaki najbardziej. Okazało się, że najprzychylniej byłam nastawiona przy pierwszej połowie, bo tak jak  nowe motywy zachęciły mnie do dalszego czytania, tak w końcu ten ordynarny język w końcu mnie znużył. Może nie powinno się czepiać fragmentów, gdzie na przykład Marcus wraca wykończony w środku nocy po mafijnych porachunkach i pierwsze co robi to... wypija puszkę energetyka. A po chwili kładzie się i zasypia. - Każde ciało reaguje inaczej i być może facet myślał po prostu, że jakimś cudem uda mu się rozbudzić, ale nie do końca mu to wyszło. Natomiast błędy logiczne przewijają się raz po raz, język jest wcale niedopracowany i momentami mam wrażenie, że ta książka nie została przez nikogo zredagowana. Może to wszystko ma na celu pokazanie prostactwa przedstawianego środowiska, ja jednak zostałam skutecznie zniechęcona.


Trochę dobrego

Do tej pory zaprezentowałam Wam wiele złych aspektów, dlatego muszę również odwołać się do tych drugich - owszem, troszkę ich było. „Zakazany układ” pokazuje problem poniżania i uprzedmiotowiania kobiet, który dla kogoś nieuważnego w tej książce może się nawet nie wydawać problemem. Jednak zastanawiając się przez chwilę, jak to byłoby na miejscu tej zaledwie 20-paroletniej kobiety, która przeżyła piekło, można poczuć dla niej trochę wpółczucia. Inną dobrą stroną tej książki są rozdziały pisane na przemian z perspektywy Nicole i Marcusa. To pozwala na zaznajomienie się ze wszystkimi wydarzeniami z obu punktów widzenia bez konieczności kupowania i czytania dokładnie tej samej historii z męskiej perspektywy tylko ze względu na niedosyt. Być może, jak wcześniej wspomniałam, ta druga strona nie wyszła najlepiej, ale przynajmniej nie ma żadnych niedomówień.


Wrażenia końcowe

„Zakazany układ” na początku mnie zaintrygował i podobał mi się, a nawet bardzo. Motyw samobójstwa i mafijne klimaty to coś, co sprawiło, że ta książka różni się od reszty. Co jednak muszę podsumować: to nie jest dobrze napisana książka. Naprawdę czytałam wiele romansów i erotyków, a wiele z nich to była czysta przyjemność. Natomiast jeśli ktoś coś pisze i postanawia to wydać, to dla mnie oznaka, że potrafi to robić. Ta książka jednak nie pokazała mi żadnych umiejętności pisarskich, a jedynie twórcze. Nie leży w moim zamiarze, żeby kogokolwiek obrazić, dlatego nie czujcie się urażeni, czy też zniechęceni. Słyszałam na temat tej książki wiele zachwytów i spodziewałam się czegoś dobrego, dlatego jestem zawiedziona. Natomiast czy się mną zgodzicie czy nie, dowiecie się tylko czytając ją we własnym zakresie. Jeśli jesteście niewymagającymi czytelnikami i macie ochotę jedynie na odrobinę rozrywki, jestem pewna, że „Zakazany układ” spełni Wasze oczekiwania. Trzeba nadmienić, że zakończenie zostało rozegrane w taki sposób, że wzbudziło moje zainteresowanie i mimo względnie negatywnej opinii, prawdopodobnie sięgnę po drugi tom, żeby zobaczyć, jak to się dalej potoczy. Póki co, 5/10 ★




Zakręcona komedia kryminalna: „Szpilki za milion” Izabela Szylko

Zakręcona komedia kryminalna: „Szpilki za milion” Izabela Szylko


Jacek Sparowski tego samego dnia traci pracę, dziewczynę i dach nad głową. Kiedy wynajmuje pokój u ciotki przyjaciela i zostaje zatrudniony w nowej firmie, wydaje się, że pech wreszcie przestanie go prześladować. Ale prawdziwe kłopoty dopiero się zaczynają.
Lola Marini – polująca na bogatego męża celebrytka, prywatnie była żona Sparowskiego, która kiedyś perfidnie go wykorzystała – planuje szalony przekręt mający jej przynieść fortunę. Na dodatek zabójczo atrakcyjna i wyrachowana Lola chce wrobić w tę aferę przyjaciela Jacka.
Jacek postanawia więc go ratować, a przy okazji wyrównać rachunki ze swoją byłą żoną. Zaczyna się walka z czasem, mnożą się niespodzianki, a zagadek do rozwiązania wciąż przybywa.
Jak przechytrzyć oszustkę, kiedy największym przeciwnikiem jest własna uczciwość? W tym niełatwym zadaniu pomaga bohaterowi jego gospodyni – emerytowana policjantka, dla której przejście na ciemną stronę mocy również staje się życiowym wyzwaniem.
Dość szybko okazuje się, że w tym wyrafinowanym przekręcie bierze udział ktoś jeszcze, a główną rolę w komedii pomyłek odgrywają… drogocenne szpilki.

Masz ochotę na krótką historię na tyle zwariowaną, że pomoże Ci rzucić na codzienne problemy odrobinę światła? „Szpilki za milion” może być strzałem w dziesiątkę. Przyznaję, że zasugerowałam się tą śliczną różową okładką z kubkiem kawy i tonącą w nim kobietą, usiłującą ratować szpilki. Oczekiwałam więc „babskiej” komedii, może czegoś w rodzaju „Diabeł ubiera się u Prady”. Nieoczekiwanie dostałam lekko absurdalną, aczkolwiek zadowalającą opowieść humorystyczną o MĘŻCZYŹNIE W ŚREDNIM WIEKU, w dodatku w całkiem przegranej sytuacji (wyrzucenie na bruk przez kolejną kobietę, brak pracy i dachu nad głową trudno uznać za życiowe osiągnięcie). Ten oto bezradny facet spotyka na swojej drodze eksżonę i perfekcyjną oszustkę, która jego kosztem awansowała na wyższy poziom społeczny, a skoro i tak jest już na skraju upadku - postanawia zaryzykować i zemścić się na diwie. Nadużywając swojej nowej pozycji w firmie przyjaciela, podczas zakładania alarmu w mieszkaniu kobiety, umieszcza tam ukryte kamerki, ażeby pokazać prawdziwe oblicze zjawiskowej celebrytki. Przy okazji wychodzi na jaw przekręt mający przynieść podwójny zysk na diamentowych szpilkach wartych milion funtów. A żeby było jeszcze lepiej, o wszystkim dowiaduje się pani Józefina, urocza emerytowana policjantka i jako spragniona przygód samotna kobieta decyduje się na czynny udział w samym centrum niebezpiecznej gry.


Jacek okazał się być bardzo przyjazną postacią, bo choć rzeczywiście lekko naiwny, nie okazał się być irytująco głupim naiwniakiem, lecz takim naiwniakiem, któremu drobne naiwniactwo może zostać łatwo wybaczone. Zresztą to co było siedemnaście lat temu niech zostanie w przeszłości, za to lekkie wariactwo było mu potrzebne, żeby wcielić w życie śmiały plan zemsty na kimś, kto posiada szpilki obłożone diamentami i masę wpływów. Pozostały dobór postaci również okazał się trafny. Każdy dysponował pewnymi charakterystycznymi cechami i odegrał swoją rolę wyśmienicie. Lojalny i uczciwy do bólu przyjaciel, Misiek; sympatyczna, choć przebiegła, jak przystało na porządną policjantkę Ziuta; ładna, choć nie tak domyślna sekretarka; elegancki i równie chytry „Bondek. Jakub Bondek.” (prawie agent, choć nieco zbyt zależny od żony), a na deser diabeł wcielony, czyli Lola Marini. Lolę zresztą polubiłam najbardziej, mimo że celem było raczej wywołanie jak najczystszej nienawiści, ale jak można nie pokochać okrutnej kobiety, która osiąga każdy postawiony sobie cel, a wychodzi z klasą nawet z najniekorzystniejszej sytuacji?

Nie powiem, żebym zaśmiewała się przy tej książce do łez (do czego się nie posunie porządny książkoholik?!), jednak momentami wręcz niedorzeczność sytuacji wywołała u mnie przyzwoite parsknięcia śmiechu, a muszę przyznać, że bawiłam się całkiem przednio. „Szpilki za milion” to zdecydowanie świeża pozycja, gdyż ma zaledwie pół miesiąca, dlatego bardzo chętnie pochłaniałam nawiązania do naszych drobnych codzienności, takich jak oglądanie nowego odcinka „Gotowych na wszystko” przy chipsach i piwie przez żonę Bondka. To moje drugie podejście do książek od Burdy Książki, a po „Surogatce” to również druga naprawdę dobra pozycja, dlatego stopniowo zyskuję uznanie dla tego wydawnictwa. Oby marzec był dla mnie bogaty w podobne perełki.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu:











[Premierowo] „Surogatka” Louise Jensen

[Premierowo] „Surogatka” Louise Jensen

Na okładce każdego bestsellerowego thrillera widnieje obietnica: „trzymający w napięciu do ostatniej strony”. Czytałam  ich mnóstwo, a mimo to nigdy nie było mi dane przemykać przez kolejne strony z zapartym tchem od początku do końca. Do momentu, aż trafiłam na „Surogatkę”.

Na pierwszy rzut oka

Kat żyje w idealnym małżeństwie. Nie jest to szalona, młodzieńca miłość, choć przez to ani trochę mniej prawdziwa. W każdy piątek wieczorem z przyjemnością spędzają z mężem „domowe randki”, kiedy to leżą na kanapie przed telewizorem z jedzeniem na wynos i butelką wina. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby dwuletnie starania o dziecko nie zakończyły się przegraną. Już druga adopcja, podczas której kolejny raz młoda kobieta dowiaduje się wszystkiego o maleństwie, czyta cały stos książek o rodzicielstwie, kupuje rozmaite ubranka i przygotowuje dziecinny pokoik, się nie udaje. Ktoś dał łapówkę gdzie trzeba i to wystarczyło, żeby zaprzepaścić marzenie o stworzeniu rodziny. Przypadkowo do życia Kat powraca Lisa, przyjaciółka z dzieciństwa, a wraz z nią wkrada się iskierka nadziei, gdyż dziewczyna gotowa jest ponownie zostać surogatką. Z rozmowy kobiet wynika, że w przeszłości obie kochały tego samego chłopca, w wyniku czego doszło do tragedii... Kat chwyta się nowej szansy jak ostatniej deski ratunku, choć jednocześnie podejrzewa, że Lisa coś ukrywa. Konfrontacja ze wspomnieniami może okazać się druzgocąca, a widmo zemsty powoli przesłania nawet najpiękniejsze wizje. 


Co kryje się głębiej

Będę z Wami szczera. Jestem niewyspana i potwornie wyczerpana po całym dniu pracy, a migrena usilnie utrudnia mi złożenie sensownego zdania. A mimo to jestem tu i piszę dla Was recenzję „Surogatki”, która jest powodem mojego złego samopoczucia. Czytałam, choć może raczej pochłaniałam ją do drugiej nad ranem, gdyż po prostu nie mogłam się oprzeć. Nie myślcie sobie, że normalnie zdarza mi się to w tygodniu, jestem rozsądna i w pełni doceniam wartość snu. Pierwsze, co przekonało mnie do tej pozycji, to przyjemny styl pisania autorki, dzięki któremu w końcu mogłam się zrelaksować i zanurzyć w nowej historii. Przede wszystkim pokochałam główną bohaterkę, Lisę, przykładną kobietę i żonę, która od początku do końca doskonale wie, czego chce i nie zawaha się przed niczym, żeby to dostać. Spodobała mi się jej relacja z mężem, szczera i pozbawiona bezsensownych sporów i zawiłości. Szybko okazuje się, że oboje małżonkowie skrywają więcej tajemnic, niż potrafią udźwignąć. Autorka z umiarem dawkuje skrawki większych tajemnic, podaje nam je na małych talerzykach, a my pochłaniamy je na raz i błagamy o dokładkę. Z każdą odpowiedzią pojawiają się kolejne pytania, aż w końcu nie wiadomo kto jest kim i czego się obawiać - może niczego? Akcja mknie przed siebie i choć mamy do czynienia z codziennymi sytuacjami, wszystko wydaje się być niezwykłe. Przez ostatnie kilkadziesiąt stron dosłownie przefrunęłam, a zakończenie całkowicie mnie usatysfakcjonowało. Domyśliłam się jedynie jednej małej niewiadomej.

Ciężko mi szukać w tej książce złych stron. To naprawdę dobrze wykonana praca i nie mam jej nic do zarzucenia. Jedynie w pewnych momentach zachowania Kat były przejaskrawione. Chęć posiadania dziecka sięgała obsesyjności, na przykład gdy bohaterka miała ochotę porwać pozostawione na chwilę dziecko w sklepie, aby się nim zaopiekować. Jej zmagania z przeszłością były miażdżące. Czasami sama czułam się, jakbym zwariowała. Mimo wszystko rozumiałam każde dziwaczne postępowanie bohaterki i nie mogłam zdecydować, co sama zrobiłabym na jej miejscu. Nie mogę jednak ukryć, że zdziwiło mnie zamiłowanie kobiety do owocowo-pachnących kosmetyków. Jednego dnia myła włosy truskawkowym szamponem, innego już sięgnęła po kokosowy. Kolejnym razem jesteśmy świadkami prysznica z udziałem cytrynowego żelu. Rozumiem, każdy ma swoje dziwactwa (ale kto właściwie odgrywa główną rolę w thrillerze i jednocześnie kąpie się z użyciem całej kolekcji owocowych produktów?!).

Moje ostateczne zdanie jest takie, że „Surogatka” jako thriller ma wszystko na swoim miejscu i zdecydowanie jest warta uwagi. Louise Jensen zajęła już miejsce w moim sercu, dlatego czuję się w obowiązku nadrobić jej pozostałe publikacje.

„Surogatka” od dziś dostępna jest w księgarniach!
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu :


„Ostatni wykład” Randy Pausch

„Ostatni wykład” Randy Pausch

Znakomici profesorowie nieraz mogą zdecydować się na wygłoszenie ostatniego wykładu, czyli przemowy, która ma nieść studentom osobisty, treściwy przekaz i jednocześnie zakończyć pracę na uniwersytecie. Randy Pausch, któremu pozostało zaledwie kilka miesięcy życia, potraktował taki wykład jako swoistą misję i okazję do podsumowania swojego spełnionego życia. To nie jest jedna z książek, która ma na celu wywołanie współczucia do chorych nieuleczalnie osób. Jak sam Randy mówi, jest wdzięczny, że nie zginął w wypadku samochodowym ani w żaden inny sposób, ponieważ został dość wcześnie powiadomiony o swojej śmierci i w innym wypadku nie miałby szansy na rozmowy, które przeprowadził z żoną, na uwiecznienie chwil ze swoimi małymi dziećmi i przygotowanie się do tej nieopisanie trudnej sytuacji dla jego bliskich. Wykład nosi nazwę "Jak spełniłem swoje marzenia z dzieciństwa". 
Lubię czytać książki, które czynią mój świat bardziej wartościowym. Choć podczas pobytu za granicą nie miałam samoprzylepnych indeksów do zaznaczania najlepszych cytatów, może to i lepiej, bo pewnie na każdej stronie znalazłoby się zdanie, do którego warto wrócić. Jako że nie mam w książce zakładek, będę musiała cofnąć się do niej jako do całości (możliwe, że nie raz). Skoro istnieją rzeczy, dzięki którym żyje nam się lepiej, to dlaczego z nich nie korzystać? Trudno mówić o treści książki, która nie ma fabuły, zapewniam jednak, że ta książka ma w sobie dużo do zaoferowania. Przede wszystkim i wbrew pozorom jest bardzo ciekawa, czytałam ją z nieskrywaną przyjemnością. Bardzo przypomina mi twórczość Reginy Brett - czytałam tylko „Bóg nigdy nie mruga” i tutaj również byłam zachwycona, że książka jest napisana przez kobietę, która przeszła raka, ale ani nie opowiada o wierze, jak sugerowałby tytuł, ani nie jest przygnębiająca. Nie powiedziałabym, że „Ostatni wykład” zrobił na mnie ogromne wrażenie, czy że to moja ulubiona książka. Mimo to jego bezcenna treść i dobre pióro sprawiły, że zatrzymałam się na moment lektury, żeby pomyśleć i docenić życie takim, jakim jest. 
Tę wartościową i pozytywną książkę możecie dostać w księgarni Tak Czytam za ledwie 9 zł, dlatego nie wahajcie się, żeby z tego skorzystać. 
„Zakon Mimów” Samantha Shannon

„Zakon Mimów” Samantha Shannon


Jakiś niewielki kryzys czytelniczy sprawił, że nie miałam ochoty wgryzać się w nową opowieść, brnąć przez nowe wątki i postacie, dlatego mimo średniego entuzjazmu sięgnęłam do znanego mi już świata z „Czasu Żniw”. Jeśli czytaliście moją recenzję na jego temat, to wiecie już, że wbrew wszystkim dobrym opiniom, nie byłam zachwycona. W przeciwieństwie do pierwszej części jednak, gdzie autorka sama ograniczyła swoje możliwości, umieszczając całą akcję w obozie karnym, drugi tom daje popis jej umiejętności. Shannon nie tylko udoskonaliła swój warsztat pisarski, który znacznie uatrakcyjnił mi lekturę, ale w zasadzie udało jej się naprawić słabsze strony, jakie zauważyłam w „Czasie Żniw”.


Na pierwszy rzut oka

„Zakon Mimów” skupia się przede wszystkim na niewygodnym życiu jasnowidzów w Londynie w 2059 roku. Śledzimy poczynania Paige po ucieczce z Szeolu I, za co jestem niezmiernie wdzięczna, gdyż losy osoby bez konkretnego miejsca na świecie, poszukiwanej, a tym samym zmuszonej do ciągłej ucieczki i ukrywania się, dodatkowo organizacja buntu przeciw złemu systemowi, to moje ulubione motywy. Blada Śniąca jest wyświetlana na ekranach na ulicach miasta, strażnicy przesłuchują przechodniów, a złapanie tak ważnego zbiega może okazać się bardzo dochodowym krokiem, dlatego dziewczyna musi zmieniać swój wygląd i stale skrywać się w cieniu. Próbuje znaleźć sposób, aby powiadomić jasnowidzów o nadciągającym niebezpieczeństwie, jednak Jaxon szantażuje ją do zachowania milczenia. Paige nie ma zamiaru pozostawić informacji o Refaitach w tajemnicy, jednak bez swojego mim-lorda straci szacunek, ochronę oraz jedyne źródło utrzymania.

Co kryje się głębiej

Poznajemy poszczególne dzielnice Londynu i różne sposoby, jak niepostrzeżenie się po nich poruszać, mając na plecach zarówno strażników Sajonu, jak i wrogie gangi. Bohaterowie w tej części zostali udoskonaleni, w końcu możemy lepiej się przyjrzeć poszczególnym postaciom i ich relacjom. Mamy dziś Walentynki, jednak muszę Was zasmucić, gdyż wątek romantyczny został zminimalizowany prawie do zera, co jest tymczasem absolutnym plusem, gdyż zamiast skupiać na sobie uwagę, stanowi delikatne tło dla właściwego dla książki wątku głównego - organizacji rebelii. Shannon uzupełniła także braki w zasobie wiedzy o talentach jasnowidzów, pokazała, jak można ich używać, rozwijać potencjał i jak bardzo zależy od nich prestiż w społeczeństwie, gdyż najniższa grupa została wręcz wypędzona poza margines społeczny na wyspę najgorszych slumsów.
Jeśli nie przekonał Was bogato rozbudowany, nowy świat w dziedzinie fantastyki, z pewnością zrobi to akcja powieści. W „Zakonie Mimów” dzieje się naprawdę dużo, ciągłe widmo niebezpieczeństwa trzyma w napięciu, a powoli układające się z całość poszlaki prowadzące do niewyjaśnionych pytań sprawiają, że nie można się oderwać. 

Przyznaję, że dystopia to mój ulubiony gatunek fantastyki, mam za sobą wiele podobnych do siebie książek, dlatego „Czas Żniw” miał u mnie wysoki próg do przekroczenia - nie dość, że wykorzystał wiele znanych mi już motywów, to przewidziałam z grubsza całą treść w momencie przybycia Paige do Szeolu. Samantha Shannon od pierwszej części rozwinęła się pisarsko i z „Zakonem Mimów” wniosła swoją opowieść na znacznie wyższy poziom, dlatego daję jej 9.5 🌟, gdzie połówkę zostawiam autorce do wykazania się w kolejnych częściach. Jestem naprawdę zachwycona, dlatego wzywam wszystkich fanów fantastyki: Przeczytajcie „Zakon Mimów”!
„Trzy mroczne korony” Kendare Blake

„Trzy mroczne korony” Kendare Blake




Wyspa Fennbirn różni się od kontynentu, a jej niezwykłość sprowadza młodych kawalerów z najznakomitszych rodzin przez mgły i niebezpieczne wody prosto do paszczy podstępnej bestii, aby spróbować szczęścia u boku nowej królowej. Otóż w tym osobliwym miejscu królowe pozostawiają po sobie trojaczki, urocze dziewczynki, które po ukończeniu szcześciu lat zostają rozdzielone i szkolone do rozwinięcia swoich mocy - oraz zabicia pozostałych dwóch sióstr, gdy przyjdzie na to pora. Wszystkie mają takie same prawo do tronu, jednak zwyciężczyni jest tylko jedna.
Poznajemy trzy kandydatki w czasie, gdy przygotowania do walki o przejęcie władzy się nabierają powagi. Mirabella od najmłodszych lat panuje nad żywiołami, natomiast pozostałe siostry - Arsinoe, pani natury i Katharine, trucicielka - wydają się pozbawione darów, dlatego ich opiekunowie robią wszystko, co w ich mocy, by maksymalnie zwiększyć szanse na przeżycie słabszych nastolatek.

Przyznaję, że koncepcja rodzenia się trojaczków (i to samych dziewczynek!) przy każdym królewskim pokoleniu wydaje mi się wygórowana i nieco śmieszna, jednak wyspa, na której rozgrywa się akcja, żyje własnym, magicznym życiem, więc dajmy jej oddychać. Pomysł na fabułę jest największym plusem powieści. Dziewczyny od dziecka szkolone na zimne zabójczynie, a dodatkowo ich skryte życie prywatne, relacje z innymi, gdy wisi nad nimi widmo śmierci oraz polityczne manipulacje, ponieważ z każdą kandydatką do tronu ktoś zyskuje na pozycji, a inny traci. Jeśli zaś chodzi o realizację, to już trzeba jej odjąć, gdyż tak dobry zamysł można było pociągnąć o wiele dalej.
Czy fani „Gry o tron” zostaną usatysfakcjonowani? Powiedziałabym raczej, żeby uciekali gdzie pieprz rośnie, bo krwawych scen i pikantnych szczegółów tutaj nie znajdą. Co więcej, książka skierowana jest głównie do nastolatków i młodych dorosłych, dlatego też język nie jest ambitny. Można by się spodziewać szybkiej akcji i dużej ilości intryg, jednak niestety wszystko rozwija się tu powoli, autorka nie śpieszy się z przedstawieniem nowej rzeczywistości i bohaterów, a wszystko ciągnie się wręcz do znudzenia. Bądź co bądź, książka jest krótka, a na koniec wszystko nabiera rozpędu.

„Trzy mroczne korony” to nie wyżyny literackie, co jednak nie przeszkodziło autorce w zdobyciu sukcesu. Historia ma duży potencjał i wierzę, że druga część powali mnie na kolana, bo choć nie byłam zachwycona, to jednak udało mi się wgryźć i wciągnąć w nowy świat, jak to było w przypadku „Dworu Cierni i Róż”. Polubiłam wszystkie trzy bohaterki, a zakończenie, mimo że szczęka mi nie opadła, sprawiło, że nie mogę się doczekać kontynuacji. Na dalsze rozmyślania zapraszam po ukazaniu się „Mrocznego Tronu”. 😚


„Finding Cinderella” - darmowy ebook od Colleen Hoover

„Finding Cinderella” - darmowy ebook od Colleen Hoover


„Finding Cinderella”, czy też „Szukając Kopciuszka”, jeśli wolicie polski tytuł, to tzw. 2.5 część „Hopeless”. Książki te pewnie obiły Wam się o uszy, jednak na wypadek dodam, że powyższa książka to miłosna nowelka dotycząca przyjaciół bohaterów „Hopeless” i choć rzeczywiście może pomóc nam trochę lepiej ugryźć życie postaci, tak do historii Sky i Holdera nic nie wnosi - możemy czytać je osobno. Moim zdaniem zresztą „Hopeless” nie ma żadnej kontynuacji, bo druga część jest niczym innym jak perspektywą Holdera, a wspomniana nowelka, cóż... nowelką. Jeśli jednak tak jak ja nie widzieliście zbyt wiele recenzji i zastanawiacie się, czy warto sięgnąć po taką tycią lekturkę, być może moja opinia Wam nieco pomoże.

Cała historia jest, powiedziałabym, nieco śmieszna. Daniel, jak co tydzień, spędza jedną z lekcji, na którą przed pomyłkę nie został zapisany, drzemiąc w pomieszczeniu gospodarczym. Tutaj zaczyna się robić bardzo Greenowo, gdyż wprost na niego wpada zapłakana dziewczyna. Okazuje się, że choć oboje nie mogą się zobaczyć w ciemnościach komórki, tworzy się między nimi niemal telepatyczna więź. Pada trochę filozoficznych zwrotów, oboje nienawidzą ludzi wokoło i oboje orientują się, że rozpaczliwie potrzebują miłości, więc takową miłość do siebie udają, po czym dochodzi między nimi do zbliżenia. Dziewczyna się wyprowadza, więc kochankowie wiedzą, że nie spotkają się nigdy więcej, dlatego do ostatniej chwili nie poznają swojej wzajemnej tożsamości. Oczywiście chłopak mimo wszystko szaleje za dziewczyną, próbuje rozpoznać ją na korytarzu po głosie i co tydzień ma nadzieję, że nieznajoma powróci. Jeśli ktoś czytał Johna Greena to podejrzewam, że zrozumie porównanie.

Epilog minął, a wraz z nim rozpaczliwa miłość i Daniel znajduje sobie dziewczynę, choć tylko dla fizycznych potrzeb. Do momentu, gdy poznaje przyjaciółkę Sky, Six, która od razu wydaje mu się inna od reszty, szczególnie po sposobie, w jaki oblizuje łyżkę po lodach. Jego kumpel, Holder, widząc zaabsorbowanie przyjaciela śliczną blondynką, kategorycznie zabrania mu się z nią spotykać, znając go i wiedząc, że to zniszczy ich relacje. Oczywiście, gdyby Daniel już nie postanowił, że musi zrobić wszystko, żeby zdobyć jej względy, zakaz Holdera potraktowałby jako wyzwanie. Tak więc dwójka spotyka się na kolacji i od tej pory wszystko wygląda inaczej.



To mniej więcej tyle, ile można powiedzieć o treści, bo cała nowelka to tylko romans pomiędzy Danielem a Six, słodki i w wielu momentach zabawny. Jest to książka przewidywalna i często komiczna - szczególnie że młody chłopak po spotkaniu wyjątkowej dziewczyny nagle zaczyna wygłaszać niezwykle długie i głębokie monologi miłosne - ale tak naprawdę nie ma wielu takich książek, które skupiałyby się na idealnych związkach, pokazywały ogromną miłość i po prostu podnosiły na duchu. Przeważnie autorzy starają się pokazać problemy w związkach, dlatego czytamy o kłótniach i rozstaniach. Być może czas sięgnąć po coś innego?

Jeżeli zdecydujecie się przeczytać „Szukając kopciuszka”, i jako że Moondrive niedawno wydał go po polsku, możecie go kupić za jakieś 20 zł - szczerze i uczciwie uważam, że to strata pieniędzy, ponieważ dostęp do tej książki jest bezpłatny. Możecie ją pobrać za darmo z Amazon w oryginale, do czego swoją drogą zachęcam, zwłaszcza że sporo z nas postanowiło sobie czytać więcej po angielsku. A jeśli nie to i tak znajdziecie ją bez problemu w internecie :) Miłego czytania!
Copyright © 2014 gabibooknerd , Blogger