Wcale nie takie „Małe życie”

Wcale nie takie „Małe życie”


„Zaczął inaczej postrzegać swoich przyjaciół, nie tylko jako dodatek do własnego życia, ale jako wyraźne postacie zamieszkujące swoje własne historie. Nieraz czuł, że przygląda im się po raz pierwszy, chociaż znał ich przecież tyle lat.”


NA PIERWSZY RZUT OKA

Małe życie H. Yanagihary towarzyszyło mi przez wiele godzin, a w sumie - wiele miesięcy. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o tym opasłym tomisku tak wiele pozytywnych opinii, pośpieszyłam do księgarni i kupiłam go czym prędzej mimo wysokiej ceny i nawału pracy. Przysiadałam do niego wieczorami, pomiędzy zajęciami, nawet w autobusie, a z kolejnymi stronami moje brwi unosiły się coraz wyżej. Jednak po przeczytaniu kilkuset stron musiałam zrobić sobie przerwę, odłożyć książkę i poczekać na odpowiedni moment, kiedy będę gotowa brnąć dalej.

Sięgając po Małe życie możesz być oczarowany skomplikowaną ilustracją na okładce i ciekawą fotografią Nowego Jorku na grzbiecie. Przeczytałeś opis albo gdzieś coś słyszałeś i prawdopodobnie oczekujesz historii o czwórce przyjaciół, absolwentów, którzy zaczynają życie na własną rękę, opowieści na tle dużego miasta. Przytoczę cytat z okładki: „Oto poruszająca do głębi opowieść o wielkim mieście, które daje szansę na zapomnienie o przeszłości (...)” 

I tak oto zostajemy oszukani, wprowadzeni w ogromny błąd, wywiezieni w pole, wystrychnięci na dudka i wpuszczeni w maliny. Bo o ile rzeczywiście mamy do czynienia z czwórką przyjaciół, dostaliśmy też cały wachlarz innych, czołowych postaci, a w rzeczywistości akcja skupia się z każdym rozdziałem coraz bliżej Judy. Natomiast co do miasta, nie odgrywa ono żadnej znaczącej roli, niewiele o nim wiemy z wyjątkiem paru szczegółów, takich jak dzielnice, nazwy ulic, czy faktu, że życie w nim sporo kosztuje. Książka nie posiada również podłoża politycznego.

„Małe życie” odnosi się zatem do życia Jude, a także do życia w ogólnym znaczeniu tego słowa, gdyż Hanya Yanagihara proponuje nam niezwykle żywą konstrukcję, na którą składają się umysły, osoby, przedmioty, uczucia, zdarzenia i całe otoczenie.


CO KRYJE SIĘ GŁĘBIEJ

Dążę do tego, że czytelnik Małego życia przeważnie nie jest przygotowany na to, co go w nim zastanie (chyba, że trafi po drodze na jakąś porządną recenzję). A zastanie go rozbudowany mechanizm ludzkiej psychiki, relacji międzyludzkich, szereg pytań bez odpowiedzi i przede wszystkim całe pokłady niezmierzonego bólu i nienawiści.
Zakładam, że do końca wytrwają tylko ci najwytrwalsi i najsilniejsi. Nie ma co ukrywać, 800 stron pisanych niewielką czcionką to nie lada wyzwanie, zwłaszcza, gdy mówimy o Małym życiu, które wymaga dłuższych pauz bogatych w refleksje.
Książka ta jest z pewnością książką ciężką, i nie chodzi tutaj o jej objętość, ale o ogrom ważnych problemów, jakie porusza. 
Małe życie jest o przyjaźni, dojrzewaniu, jak i procesie starzenia, o relacjach z innymi ludźmi, odpowiedzialności za drugiego człowieka (o której zwykle wygodnie zapominamy!), o radzeniu sobie z własnym niezgłębionym umysłem, o samonienawiści, sposobie odbierania rzeczywistości i innych ludzi, o homoseksualizmie, rasizmie, braku tolerancji, jednym słowem, o życiu. Odnotowałam także, że H. Yanagihara przeprowadziła przegląd opisywanych zawodów, posiłkując się opiniami ekspertów, dzięki czemu obraz stał się jeszcze żywszy.
Znajdziemy w tej książce dosłownie wszystko. Nawiasem mówiąc, dzięki temu kilkukrotnie wykorzystałam tę właśnie książkę w wypracowaniach, a także na maturze. To już jest powód, żeby po nią sięgnąć! :)
Nie namawiam na nią jednak każdego. Nie twierdzę, że każdy powinien przeczytać Małe życie, bo mimo dozy wartościowych informacji, nie każdy jest w stanie znieść bardzo rozbudowany wątek m.in. narkotyków, wykorzystywania seksualnego, choroby, seksu, cięcia się, homoseksualizmu (nie muszę chyba zaznaczać, że książka przeznaczona jest do odbioru dojrzałych osób). Wspomniałam też wcześniej o dużej dawce nienawiści i nie mam tu na myśli wyłącznie osobistych uczuć i emocji bohatera, ale także nasze własne, gdyż w miarę czytania wzrasta w nas wściekłość, wręcz furia nie do wytrzymania. 

„Lecz Andy nie rozumiał jednego - Jude był optymistą. Miesiąc po miesiącu, tydzień po tygodniu codziennie rano decydował się otworzyć oczy, przeżyć jeszcze jeden dzień na świecie. Robił to nawet, gdy czuł się tak podle, że ból przenosił go w inny stan świadomości, gdzie wszystko, nawet przeszłość, którą tak bardzo starał się zapomnieć, blakło w szarą akwarelową breję” 

Największym plusem powieści jest z pewnością odmalowany portret głównego bohatera. Poznajemy jego dzieciństwo, młodość, przejście w dojrzałość i kolejne lata starzenia się (niekoniecznie w takiej kolejności). Jude jest pokrzywdzony nie tylko psychicznie, ale też fizycznie, co czyni jego opowieść jeszcze cięższą do przeczytania, przełknięcia i przetrawienia. Widzimy osobę, na którą składa się przytłaczająca ilość wad, która nie widzi w sobie nic dobrego i jednocześnie otaczające ją osoby, udowadniające, że taką osobę można kochać, co więcej, trzeba się o nią troszczyć i o nią dbać, bo życie to najwyższa wartość i wszyscy na to zasługujemy.

Oprócz złożonej treści, sposób pisania H. Yanagihary jest nie mniej skomplikowany i zawiły. Często nie wiemy dokładnie, w którym miejscu akcji się znajdujemy, gdyż treść jest bogata w liczne retrospekcje i przemyślenia bohaterów. Autorka nie postawiła sobie żadnych granic także w kwestii języka, który w efekcie możemy uznać za piękny i godny pisarza najwyższej klasy. Najbardziej urzekły mnie opisy drobnych czynności, przedmiotów, obrazów, czy zapachów, pisane słodkim, malowniczym piórem.

Co do minusów, nie podobał mi się i niezmiernie mnie męczył jeden fakt - ogrom nieszczęśliwych zdarzeń, jakie spotkały w przeszłości głównego bohatera. Same traumy, same złe miejsca, sami źli ludzie. Niestety, autorka odbiegła tutaj od realizmu, gdyż ciężko jest uwierzyć, że ktoś rzeczywiście może mieć tak olbrzymiego „pecha”, nie otrzymać pomocy, nie mieć dobrych wspomnień. Oczywiście, zabieg ten powstał w określonym celu, autorka chciała w ten sposób pokazać pewne problemy, ich skutki, podejście ludzi do takiej sytuacji i wydarzenia, jakie mimo to później zaistniały. Ja jednak zostaję przy realizmie. 

SUMMA SUMMARUM

Małe życie to niezwykle rozbudowana lektura dla ambitnych czytelników, którzy lubią sięgnąć po książkę choćby po to, żeby się czegoś nauczyć, poznać lepiej życie i poszerzyć horyzonty.
Autorka wykonała kawał dobrej roboty, kreując wiele wyjątkowych, złożonych i żywych bohaterów, w tym skupiając się na jednym i pokazując go w całej jego wielowymiarowości. Hanya Yanagihara pokazała wiele problemów, rozmaitych relacji, w tym wiele odmian miłości, codzienność w różnych perspektywach, multum detali. Książka ta jest bardziej wnikliwą analizą ludzi, ich myśli, zachowań i charakterów, niż opowieścią. 
Jedno jest pewne, czytanie Małego życia boli. A Hanya Yanagihara dała świadectwo, jak wielkie rzeczy potrafi stworzyć człowiek.





Maybe someday i moje pierwsze spotkanie z Colleen Hoover

Maybe someday i moje pierwsze spotkanie z Colleen Hoover


Pierwsza recenzja, mam nadzieję, nie wypadnie najgorzej. Nie jestem zawodowym krytykiem literackim, nie oczekuj więc ode mnie prac na najwyższym poziomie. Głównym celem tego miejsca jest dostęp do recenzji, takich, aby nie były przydługie, żebyś mógł podczytać sobie co nieco w drodze do szkoły, pracy, na uczelnię, bez konieczności skupiania na tym całej swojej uwagi.
Wszystko, co napiszę, będzie tylko i wyłącznie moją opinią, nie musisz się z nią zgadzać, a nawet fajnie byłoby, gdybyś włączył się do dyskusji pod wpisami. Wychodząc z tego założenia, możesz się spodziewać zarówno przychylnych, jak i negatywnych ocen. Mimo to staram się zachęcić każdego czytelnika do sięgania do coraz to nowych książek różnej maści, szukania gatunków najlepiej dopasowanych do osobowości, ale i poznawania innych zakamarków literatury.
Pierwsze koty za płoty, zabierzmy się więc za Maybe someday.


NA PIERWSZY RZUT OKA

Maybe someday towarzyszyła mi w drodze do Szwecji na początku wakacji. Z pewnością należy ona do książek, które możemy zabrać w trasę, nad jezioro, na spacer do parku, na samotny wieczór w pokoju czy na działkę. Jednym zdaniem, sprawdzi się ona wszędzie i zapewni nam wypoczynek wysokiej jakości :) 
Było to moje pierwsze spotkanie z Colleen Hoover i zgodnie z jej niezachwianą opinią, Ci, którzy mają ochotę na niebanalny romans, nie zawiodą się. 

Na początek pozwolę sobie zaznaczyć, że Maybe someday kładzie nacisk na doświadczenia czytelnicze, które najbardziej docenią miłośnicy muzyki. Już na samym początku mamy notatkę od autorki z dołączonym kodem do unikalnej ścieżki dźwiękowej, stworzonej specjalnie do tej historii. Przez całą lekturę będziemy napotykać teksty piosenek w oryginale (tłumaczenia są dołączone z tyłu, jednak nie sugerowałabym się nimi za bardzo. Tłumacz skupiał się szczególnie na rymach, nie na oddaniu słów i sensu utworów), których możemy słuchać w momencie czytania. Tak więc bierz słuchawki i wychodź z domu, Maybe Someday zapewnia cały pakiet doznań!
(tak naprawdę równie dobrze możesz zaszyć się w swoim własnym kąciku z kubkiem herbaty albo kisielu)

Romans, romans, romans. Nawet najgorętsi czytelnicy tkliwych historii miłosnych lubią wskoczyć sobie na wyższy poziom i zaczytać się w czymś niezwykłym. Nie będzie chyba żadnym spojlerem, jeśli zdradzę, że Ridge, jeden z dwójki głównych bohaterów, jest głuchoniemy - wypływa to po pierwszych 50-ciu stronach. To chyba był strzał w dziesiątkę, bo ile możemy wiedzieć o ludziach, którzy nie słyszą, jeśli praktycznie nie mamy z nimi styczności na co dzień? Cała historia bardzo spodobała mi się od tej strony. Ten właśnie pomysł sprawił, że książka jest niebanalna, a wręcz wyjątkowa.

CO KRYJE SIĘ GŁĘBIEJ

Jak wspominałam wcześniej, największą zaletą książki jest romans z osobą niepełnosprawną. Może nie mówimy tutaj o konkretnym romansie, ale o najczystszej i najprawdziwszej miłości, miłości na wyższym poziomie, która istnieje mimo różnych przeciwieństw, gdzie obie strony wiedzą, że nigdy nie powinna była ona zaistnieć. Żyjemy w świecie, w którym wszyscy zwracamy uwagę na niewłaściwie rzeczy. Lubimy kogoś, bo inni go lubią, bo dobrze wygląda, umie się ubrać, ma dobrą pracę i wykształcenie, może nawet fajnego psa i nowe audi A4. Hoover pokazuje nam, jak miłość potrafi wyglądać i zapewniam Cię, wygląda ona nietuzinkowo (i nie mam tutaj na myśli żadnych serduszek i kwiatków rodem z Pięćdziesięciu twarzy Greya). 

Co więcej, widzimy niepełnosprawność z bardzo optymistycznej strony. Właściwie nie mamy tutaj żadnych chwil słabości jak w Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes, a jedynie nowe szanse, inne możliwości postrzegania świata. Główna bohaterka szybko przystosowuje się do życia z taką osobą, jaką otrzymała - niezwyczajną i nieidealną. Można nawet powiedzieć, że od razu traktuje Ridge'a jako kogoś równego sobie, jeśli nie lepszego. My natomiast uczymy się, że z osobą niepełnosprawną da się żyć. Nie tylko da się, ale może ona wprowadzić do naszego życia wiele dobrego. 
Chłopak nie słyszy pukania do drzwi łazienki? Pstryknij kilka razy włącznikiem światła! 
Alternatyw życiowych jest nieskończenie wiele :)

Jeśli chodzi o samą miłość między dwójką bohaterów, nie mam żadnych zastrzeżeń. Z osobistych doświadczeń mogę ręczyć, że została ona odmalowana bardzo prawdziwie, nie jest naciągana ani nachalna. Wszystkie sceny zbliżeń Hoover potraktowała jak poezję - czy może raczej muzykę. 

Co do fabuły, nie spodziewaj się wartkiej akcji, wielu zaskoczeń, niespodzianek i tym podobnych. Maybe someday nastawiona jest przede wszystkim na doznania i... humor. Mimo, że książka jest przewidywalna, czytanie jej jest przyjemne, a nastrój momentalnie idzie w górę, nieważne ile kłótni odbyło się już tego dnia. 

SUMMA SUMMARUM

Maybe someday to idealna książka, jeśli masz ochotę na coś lekkiego, przyjemnego i zabawnego, bez znudzonego wzdychania ani strumieni łez. Niewykluczone, że historia ta wniesie coś do Twojego życia i otworzy Cię na nowe perspektywy. Jeśli nie, przynajmniej będziesz dobrze się bawić. ;)






Copyright © 2014 gabibooknerd , Blogger